Nowy numer 3/2021 Archiwum

Trzy cuda Eugeniusza

Miał 16 lat, gdy trafił do jednego z najgorszych hitlerowskich obozów. Bóg czuwał nad jego życiem.

Prycze były trzypiętrowe. Początkowo każdy zajmował swoją, potem na zsuniętych łóżkach nocowało po pięciu. Eugeniusz był chudy, więc spał w środku, na krawędziach. Do wzorcowego hitlerowskiego obozu, w którym według różnych szacunków śmierć poniosło od 31 tys. do nawet 148 tys. osób, trafił po morderczej podróży w bydlęcych wagonach. Przeżył, bo gdy Niemcy wypędzali go z Zielonki, mama zaopatrzyła go w kilkanaście kostek cukru.

W nocy z 11 na 12 września kazano im wysiadać. Minęli bramę z napisem „Arbeit macht frei”. O świcie zaprowadzono ich do łaźni, ubrano w obozowe pasiaki. Głowy ogolono do zera i nadano każdemu numer. Eugeniuszowi przypadł „106535”. Trafił, wraz z innymi „polnischen Banditen”, jak krzyczano co chwilę, do bloku nr 25. Esesmani zapewniali, że jedyną drogą do wolności jest krematoryjny komin. W Dachau, nazywanym „obozem odosobnienia”, więźniowie byli zmuszani do wyniszczającej pracy na torfowiskach i w piaskarniach. W obozie przeprowadzano na więźniach zbrodnicze pseudomedyczne eksperymenty. Nawet dziś, gdy Eugeniusz Bądzyński, rocznik 1928, opowiada o warunkach życia w Dachau, ma w oczach łzy. Dwa tygodnie po przyjeździe do obozu podczas kolejnej selekcji obozowi kapo sporządzili spis tych, którzy mają wyjechać „na roboty”. Eugeniusz Bądzyński ucieszył się, myślał, że to będzie szansa na zmianę warunków obozowych na lepsze. – Dopiero potem dowiedziałem się, że z takich „robót” to się już nigdy nie wraca – mówi. Uratował go sąsiad z Zielonki, który do obozu trafił z synem. „Tobie nie wolno tam jechać” – powiedział Marian Kulczycki. I poszedł do obozowego pisarza i przekupił go, by wylał atrament na istniejącą już listę. Przepisując ją, pominął nazwisko Bądzyńskiego. On sam ukrył się pod pryczą na kilka godzin. Słyszał tylko, jak księża udzielają rozgrzeszenia i błogosławią na ostatnią drogę tych, których nie udało się uratować. – Żaden z nich nie wrócił, wszyscy zostali rozstrzelani. Dla mnie to był znak, że mam żyć – wspomina, ocierając łzę. Drugiego cudu doświadczył, gdy zachorował na tyfus plamisty, na przełomie stycznia i lutego 1945 r. Na taczce trafił do obozowego szpitala, tracąc już przytomność. – Dostałem szalonej gorączki. Położyli na dolnej pryczy, na której czekano, czy ktoś się wybudzi w określonym czasie. Jeśli nie, to żywy czy martwy, trafić miałem do krematorium. Tuż przed otworzyłem oczy. Ktoś pomógł wdrapać się na piętro łóżka – wspomina. Włoch i Holender, którzy położyli się na jego miejscu, poszli do pieca. A on wrócił do pracy na plantacjach, od rana do wieczora, z głodowymi racjami żywnościowymi i karami chłosty czy słupka, czyli wieszania z rękami do tyłu na godzinę lub dłużej. Niewielu wierzyło, że przetrwają obóz. W obliczu nadchodzącego frontu Niemcy, z rozkazu Himmlera, mieli wymordować wszystkich więźniów 29 kwietnia 1945 r. Rozkaz miał być wykonany o godzinie 21. Duchowni polscy, zgrupowani w blokach numer 28 i 30, podjęli wówczas „Akt oddania się w opiekę św. Józefowi”, poprzedzony nowenną. 22 kwietnia złożyli przyrzeczenie, że gdy uratuje ich przed śmiercią, zobowiązują się pielgrzymować przed jego wizerunek w sanktuarium kaliskim. Wśród nich był przyszły abp Kazimierz Majdański. Modlitwa przyniosła skutek. – To był trzeci cud, którego doświadczyłem w Dachau. Największy – mówi Eugeniusz Bądzyński. Kilka godzin przed planowanym zniszczeniem obozu i egzekucją więźniów obóz w Dachau wyzwolił kilkunastoosobowy oddział amerykańskich żołnierzy pod dowództwem porucznika Joyca. – Wystarczyło kilka strzałów, by esesmani na wieżyczkach poddali się – wspomina Bądzyński. W tym czasie do obozu szła Dywizja Waffen-SS „Wiking”. Gdyby Amerykanie przyszli kilka godzin później, zastaliby już tylko 32 tys. zabitych więźniów. Kapłani wyzwoleni z Dachau wypełnili złożone ślubowanie. Pierwsza pielgrzymka księży, byłych więźniów obozu koncentracyjnego, do sanktuarium św. Józefa w kolegiacie kaliskiej odbyła w 1948 r. Kolejne odbywały się co roku. Episkopat ustanowił rocznicę wyzwolenia obozu Dniem Męczeństwa Duchowieństwa Polskiego w okresie II wojny światowej. Eugeniusz Bądzyński do podwarszawskiej Zielonki wrócił w święto Przemienienia Pańskiego. Pierwsze dziecko, córka, otrzymało imię na cześć św. Józefa. W tym roku z żoną obchodzą 60-lecie małżeństwa. Świętować je będą przed wizerunkiem św. Józefa Kaliskiego. Do dziś mieszkają w Zielonce. Eugeniusz Bądzyński od wielu lat jest prezesem Kościelnej Służby Porządkowej przy kościele Matki Bożej Częstochowskiej.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama