Nowy numer 43/2020 Archiwum

Najtrudniej spojrzeć w oczy

Byli przygotowani na wszystko, ale gdy wyciągali spod gruzów dzieci, nie było mocnych. – Te obrazy najbardziej zostają w pamięci – mówili stołeczni ratownicy, którzy wrócili z akcji w katmandu.

Kapitan Maciej Garczyński, strażak z Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr 15, w swoim aparacie ma ponad 1,5 tys. zdjęć. Widać bazę ratowniczą, pracę przy poszukiwaniu ofiar, odpoczynek. Bo nie wszystko można było uchwycić obiektywem. Nie było czasu, sposobności, a czasem po ludzku nie wypadało…

Poszukiwania z certyfikatem

Rozkaz przyszedł nagle. Na spakowanie się mieli kilka godzin. Zostawili rodziny, przyjaciół, swoje plany. 26 kwietnia 31 ratowników ze stołecznej jednostki strażackiej przy ul. Młodzieńczej wyruszyło na misje do Nepalu. Położone w środkowej części Himalajów państwo nawiedziło najsilniejsze od ponad 80 lat trzęsienie ziemi o sile 7,9 w skali Richtera. Pod gruzami zawalonych domów zginęło ponad 8 tys. osób. Zniszczone zostały drogi, przerwana łączność. Stołeczni ratownicy byli jedną z 60 grup z całego świata, która pospieszyła tam na ratunek. I jedną z 17 posiadającąch certyfikat ONZ (INSARAG), potwierdzający zdolność do prowadzenia działań poszukiwawczych i ratowniczych na światowym poziomie. Na lotnisku w Katmandu przywitał ich upał. I tłum ludzi, głównie turystów, chcących wydostać się z dotkniętego sejsmologiczną katastrofą państwa. Ulice stolicy także były pełne – nierzadko całe rodziny koczowały w zrobionych z folii „namiotach”. Bali się kolejnych wstrząsów lub nie mieli już do czego wracać.

Rozmowa z ojcem

W wojskowej bazie w Katmandu ratownicy rozbili swoje obozowisko. I rozpoczęli przeszukiwanie rumowisk. – Przez pierwsze trzy dni koncentrowaliśmy się na jak najszybszym dotarciu do żywych osób – wyjaśnia bryg. Wiesław Drosio, dowódca grupy poszukiwawczo-ratowniczej JRG nr 15. W ruch poszły piły do przecinania betonu, stali i drewna. Młoty, wiertarki i sprzęt poszukiwawczy. A także zwykłe łopaty i kilofy – zwalone domy, budowane często na bazie glinianej zaprawy, okazywały się szczelnymi grobami. Strażacy, razem z nepalskimi żołnierzami i ratownikami z innych krajów, pracowali nierzadko do późna w nocy. W akcji poszukiwawczej pomagały też przeszkolone psy. A także sami mieszkańcy. – Oni doskonale wiedzieli, kto podczas trzęsienia ziemi był w domu, a kto w pracy. Tam sąsiedzi bardzo dobrze się znają – opowiada kpt. M. Garczyński. Sami mieszkańcy również wskazywali miejsca, gdzie ostatnio widzieli swoich bliskich, w gorączkowej nadziei, że ratownicy dotrą do nich na czas. Nie dotarli. Mimo ogromnego wysiłku i zaangażowania, podczas 10-dniowej misji stołecznym ratownikom nie udało się odnaleźć ani jednej żywej osoby. – Najtrudniejsze wcale nie były sprawy techniczne, tylko kontakt z drugim człowiekiem. Spojrzenie w oczy ojcu, któremu właśnie zawalił się świat, wydobywanie ciał dzieci czy świadomość tego, że wiele z tych, które przeżyły, będzie skazanych na sieroce życie na ulicy – przyznaje bryg. Wiesław Drosio. Kapitan Maciej Garczyński starał się nie brać wszystkiego, co widzi, do siebie. Koncentrował się na obowiązkach, z wieloma zaistniałymi sytuacjami spotkał się już wcześniej na symulowanych szkoleniach. Nie do wszystkiego da się jednak wcześniej przygotować. – Poruszyła mnie wielka bieda. Niektórzy ludzie zamiast ubrań nosili foliowe reklamówki. Po powrocie do Polski doceniłem nasz kraj – przyznaje.

Mówili: dziękuję

Kraj z dnia na dzień wracał do normalności. Do Nepalu dotarła pomoc humanitarna z całego świata – koce, namioty, żywność, medykamenty. Ratownicy pomagali w rozpakowywaniu. Do polskiej bazy z różnych zakątków Nepalu przyjeżdżali rodacy, prosząc o ocenę techniczną ich domów. Ratownicy jeździli także z misją medyczną do oddalonych o kilkadziesiąt i kilkaset kilometrów od stolicy górskich miejscowości w rejonie Gorkha – tam zniszczonych zostało nawet 90  proc. budynków – Do niektórych miejscowości dotarliśmy jako jedna z pierwszych służb medycznych. Prowizoryczny szpital mieścił się w polu. Obsłużyliśmy ponad 50 pacjentów – od drobnych otarć po zmiażdżenia kończyn – mówi kpt. M. Garczyński. Nepalczycy byli wdzięczni. – Wielokrotnie na ulicy słyszeliśmy słowa wdzięczności. Zupełnie inaczej niż podczas misji na Haiti, gdzie ludność oczekiwała od nas przede wszystkim pomocy humanitarnej – byli rozżaleni, że nie zapewniliśmy im wody i pożywienia – wspomina dowódca. Pierwsza ekipa ratowników wylądowała na wojskowym lotniku na Okęciu 6 maja późnym wieczorem. Kolejna, z 12-tonowym sprzętem – trzy dni później, lecąc ze śródlądowaniem w New Delhi, Afganistanie i Gruzji. W sumie w misji w Nepalu wzięło udział 81 ratowników z całej Polski i 12 wyszkolonych psów. – Wracamy z ogromnym bagażem doświadczeń, które możemy wykorzystać podczas ewentualnych katastrof w naszym kraju. Takiej wiedzy nie dadzą nam żadne ćwiczenia – podsumowuje dowódca. I dodaje: – Mamy także duże rozeznanie tego kraju, wiemy, czego tam brakuje. Informację o tym przekazaliśmy już do Rządowego Centrum Bezpieczeństwa i Krajowego Centrum Koordynacji Ratownictwa i Ochrony Ludności. Po misji w Nepalu ratownicy kompletują sprzęt. – Musimy być przygotowani, w każdej chwili może się okazać, że wyjedziemy na kolejną misję – mówią.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama