Nowy numer 43/2020 Archiwum

„Szczęść Boże” pod celą

Ewangelizacja w więzieniu. Nagle ktoś szarpnął go za ramię. To był Jacek. „Miałeś rację, Jezus tu z nami jest!” – krzyczał.

Umowa była prosta. Olek nie wtrąca się w sprawy Rafała, a Rafał nie wtrąca się w Boga Olka. I tak żyli. Łączyła ich wspólna dola osadzonych i mała cela w Areszcie Śledczym przy ul. Rakowieckiej.

Dobry bajer i gotowe

Rafał od dzieciństwa „był zły”. Kradł i tak mu zostało. – Kłamałbym, gdybym powiedział, że nie wiedziałem, iż istnieje Bóg, ale nigdy z nikim o Nim nie rozmawiałem – przyznaje. Wówczas też specjalnie nie miał na to ochoty. Miał swoje problemy – groziło mu kolejne 6 lat odsiadki. Olek codziennie czytał Pismo Święte. Na głos. – Początkowo nie zwracałem na to uwagi, ale z czasem we fragmentach słowa Bożego zacząłem słyszeć swoją historię życia. Poczułem, jakby ktoś czytał list, który napisał do mnie sam Bóg. Byłem tym zaskoczony. Miałem w głowie tylko jedną myśl: muszę zrobić coś ze swoim życiem – wspomina Rafał. Do zrobienia było sporo. Po pierwsze, przestać być „kimś”. – Odkąd pamiętam, grypsowałem. Chciałem mieć kolegów, być ważny – mówi. Miał na to nawet sprawdzoną receptę: dobry bajer, trochę nawymyślał, co to się nie kradło, parę dobrych tatuaży. I gotowe. Dzięki temu był strategicznym doradcą każdego napadu. Z pogardą patrzył na tych, którzy nie przynależeli do więziennej kasty i skrupulatnie przestrzegał jej zasad, także tych absurdalnych, jak niestawanie na posadzce bosą stopą. – Zmarnowałem życie dla niczego – przyznaje po czasie. Od 12 lat już nie grypsuje. Ze względu na Boga stara się kochać i szanować każdego człowieka. Kiedyś do więzienia przyszły paczka i list: „Rafał, za wszystko dziękuję. Byłeś dla mnie kimś!” – napisał były współwięzień. – Już nie muszę się tatuować, będąc za kratami, czuję się wewnętrznie wolny – przyznaje.

Tajemniczy głos

Skończył się wyrok. Na wolności trudno było znaleźć Boga. Nie było Go w kościele, w rodzinie, wśród sąsiadów, na ulicy. Zapał ostygł. Wróciły alkohol, starzy znajomi i złodziejskie przyzwyczajenia. Wolność znów zaczęły wyznaczać kraty więzienia na Rakowieckiej. Tę wewnętrzną – paraliżował lęk. – Była całkowita lipa. Bałem się wrócić do Boga. On wielokrotnie mi pomógł, a ja Go zawiodłem – mówi. W poczuciu winy, wstydu i samooskarżenia funkcjonował kilkanaście lat. Bliski był samobójstwa. Właśnie wtedy po raz drugi Bóg przysłał mu swojego anioła. Pod celą usłyszał tajemniczy, kobiecy głos: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. W Rafale pojawiła się nadzieja. Od tego momentu pragnął już tylko jednego – podzielić się z kimś swoim życiem, z kimś, kto go zrozumie. Na rozmowę z s. Anną Murawską, szarytką, posługującą w więzieniu na Rakowieckiej, zdecydował się dopiero po półtora roku. Bał się „prania mózgu”, „przeciągania na swoją stronę” ciastkiem i herbatą, a najbardziej... spowiedzi. – Miałem złe wspomnienia związane z księżmi, poza tym myślałem, że jak o wszystkim opowiem, następnego dnia przyjdzie po mnie CBŚ. Siostra do niczego mnie nie przekonywała. Zawsze dawała wybór i to mnie przekonało – wspomina. Z własnej nieprzymuszonej woli w więziennym konfesjonale zrzucił 46 lat brudu. Zaczął od nowa.

Dwa życia

– Człowiek może wydać wyrok, Bóg nigdy. On zawsze daje kolejną szansę – z uporem Bożego maniaka powtarza s. Anna. Mała cela-świetlica w jednym oddziałów aresztu. Wystrój surowy: umywalka, szafka, stół do ping-ponga, kilka krzeseł. To tu na cotygodniową katechezę przychodzi kilku osadzonych. W sumie na wszystkich oddziałach w naukach uczestniczy kilkunastu mężczyzn. S. Anna wyciąga Pismo Święte, razem czytają fragment, rozważają, przyglądają się własnemu życiu – duchowemu i temu, które zostawili w świecie. – Dla wielu osób pobyt w areszcie to okazja, by je uporządkować – mówi s. Anna. Niektórzy decydują się na przykład nadrobić sakramentalne zaległości. – Każdego roku kilkuosobowa grupa przyjmuje sakrament bierzmowania; w ubiegłym roku było to 5 osób, a kilkanaście lat temu nawet 40 – mówi szarytka. Co niedzielę w więziennej świetlicy we Mszy św. uczestniczy ok. 80 na ponad 700 osadzonych. Posługę kapelana więziennego pełni o. Wawrzyniec Grotek, jezuita. – Prawo gwarantuje osadzonym kultywowanie swojej wiary. Administracja obiektów penitencjarnych ma obowiązek nawiązać kontakt z Kościołem, do którego należy osadzony, i umożliwić mu posługę sakramentalną – mówi Aneta Hernik, rzecznik Aresztu Śledczego przy Rakowieckiej. I dodaje: – Poza katolikami regularne spotkania mają Świadkowie Jehowy i zielonoświątkowcy; zdarzało się także zapotrzebowanie na duchownych prawosławnych.

50 rozmów na tydzień

Szarytka przekracza bramę mokotowskiego aresztu codziennie od 9 lat. W sumie „w branży” działa już lat 17. I jest prawdopodobnie jedyną siostrą zakonną zatrudnioną na etat w areszcie. Charakterystyczne „Szczęść Boże” to znak, że pojawiła się na oddziale. Przy sobie zawsze ma cudowne medaliki, obrazki z Jezusem Miłosiernym, różaniec. Dobre słowo i dużo pogody ducha. – Ewangelizacja to moja pasja. Chcę nieść nadzieję tam, gdzie jej brakuje, w pracy z osadzonymi odkrywam swoje powołanie. To także jeden z charyzmatów naszego Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo. Już nasz założyciel w XVII w. posyłał siostry z Ewangelią do galerników – uśmiecha się. W rozmowie nie narzuca się, ale stara się zaprzyjaźnić, poznać człowieka. – Jeśli nadarza się okazja, pytam, skąd ktoś przyjechał i ile zostało mu do odsiadki. W naturalny sposób nawiązuje się relacja. To często wstęp do tych najtrudniejszych, najbardziej bolesnych spraw – wyjaśnia. Bilans na dzień – nawet kilkanaście indywidualnych rozmów, na tydzień – 50. – Sukcesem jest to, gdy wiara i dobre postanowienia utrzymają się na wolności. Wiem, że kilku osobom to się udało. Niestety, zdarza się także, że osadzeni, którym towarzyszę, nie zdają tego egzaminu i pracę trzeba wykonać od nowa – mówi. – Marzę, żeby w areszcie powstała wspólnota. Dla wielu osób byłaby ona pierwszym doświadczeniem żywego Kościoła i zachętą, by po wyjściu na zewnątrz kontynuować formację. „Więziennych aniołów” jest więcej – na oddziale terapii uzależnień od alkoholu terapeutę wspomagają ojcowie jezuici. W poszukiwaniu drogi do Boga, poprzez osobiste rozmowy, świadectwa, studiowanie Pisma Świętego, muzykę, przedstawienia teatralne i towarzyszenie, pomaga Warszawska Misja Ochotnicza, która od 8 lat realizuje w Areszcie Śledczym przy Rakowieckiej i na Grochowie program „Życiowa zmiana”. – Staramy się przede wszystkim pokazać dobroczynne skutki osobistej wiary w Boga i zaufania Jego słowu – mówią.

On tu jest

Dla 33-letniego Patryka, osadzonego, s. Anna jest jak mama – cierpliwa, opiekuńcza, pomocna. Zaprzyjaźnili się. Dlatego pierwszą Nowennę Pompejańską, którą odmówił, ofiarował właśnie w jej intencji. – Dopiero w areszcie poznałem Jezusa. Siostra mi o Nim opowiedziała, sam także przeczytałem Ewangelię, bardzo przeżyłem Jego mękę i ukrzyżowanie – mówi. W więzieniu przyjął chrzest i bierzmowanie. Wiara dużo zmieniła w jego życiu. – Przede wszystkim przebaczyłem ludziom, przez których tu jestem. Wcześniej ich przeklinałem, teraz się za nich modlę – przyznaje – Bóg daje mi siłę, żeby przetrwać. Innym także stara się nieść nadzieję. „Na celi” siada przy stoliku i codziennie się modli – w standardzie są „pompejanka” i koronka. Święty czas modlitwy stopniowo zaczęli szanować współwięźniowie; ściszają telewizor, przestają bluźnić, zdarza się, że ktoś się przyłączy.– Sami wybraliśmy sobie takie życie. Nie można za to winić Boga – mówi Patryk. Z więźniami stara się ewangelicznie dzielić tym, co ma. Pewnego razu do jego celi trafił Jacek. Od razu rzucił się do niego z pięściami, miał ciężką depresję, za kratami spędził już 20 lat, myślał o samobójstwie. – Bóg jest tu z tobą. On pomoże Ci przetrwać – powiedziałem do niego, a on się rozpłakał jak dziecko. Tej samej nocy w ich celi coś dziwnego się wydarzyło. – Śniło mi się, że widziałem Jezusa Miłosiernego, takiego jak na obrazku „Jezu, ufam Tobie”, silnie czułem Jego obecność. Nagle ktoś szarpnął mnie za ramię. To był Jacek. „Miałeś rację, Jezus tu z nami jest!” – krzyczał. On miał ten sam sen – wspomina Patryk. Od tamtej pory Jacek nie rozstawał się z cudownym medalikiem. – Wielokrotnie tłumaczę, że świadectwo wiary jest czymś, co „pracuje” w całej reszcie, nawet gdy inni reagują wyśmiewaniem, obojętnością czy poniżeniem. Potem w osobistych rozmowach przyznają, że to była ich „samoobrona” – mówi s. Anna. Rafał także ewangelizuje – bardziej przykładnym czynem niż słowem. Bo jak inaczej przekonać kogoś do Boga, komu jeszcze niedawno doradzało się, jak ukraść to czy tamto? Siostrze Annie najtrudniej jest opuścić areszt. – Ja idę do domu, a oni zostają. Ze swoją depresją, buntem wobec Boga, często bólem niesprawiedliwie wyrządzonej krzywdy. Zanoszę to wszystko przed Najświętszy Sakrament i ufam, że owoce przyjdą we właściwym czasie – mówi.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama