Nowy numer 44/2020 Archiwum

Nikt nie będzie (taki) sam

O trudach i radościach pielgrzymowania z Elżbietą Murawską z parafii Matki Bożej Saletyńskiej we Włochach, weteranką pieszych pielgrzymek na Jasną Górę i prezesem oddziału warszawskiego katolickiego Stowarzyszenia Pielęgniarek i Położnych Polskich, rozmawia Tomasz Gołąb.

Tomasz Gołąb: Pamięta pani swoją pierwszą pielgrzymkę?

Elżbieta Murawska: Oczywiście. To było po awanturze, jaką zrobiłam mamie i jej siostrze, bo nie wzięły mnie ze sobą. Zamiast tego w sierpniu wysłały mnie na kolonie. Rok później nie miały wyjścia. Szły z rozanieloną 11-latką.

Dla dziecka to raczej trudna wyprawa?

A skąd… Oczywiście, gdzieniegdzie wsadzali mnie na furmankę. Ale od tej pory rwałam się na pielgrzymkę co roku. Gdy miałam 14 lat, zrobiłam mamie kolejną burdę. Bo uparłam się, że nawet z temperaturą można iść. Darłam się chyba na całą Studziannę. Bo pielgrzymka dla dziecka to wielka przygoda.

Religijna?

Do tego trzeba dorosnąć. Ale dla mnie to była szkoła życia. To były lata 50. Ja byłam biednym dzieckiem, a dookoła szły również starsze, dystyngowane panie z bogatych domów. Nie zapomnę, jak jedna z nich nachyliła się do mnie i po raz pierwszy powiedziała: „siostrzyczko”. Na pielgrzymce różnice społeczne znikają. Każdy jest bratem i siostrą. Jesteśmy jak wielka rodzina. To: „bracie, siostro” – jest prawdziwe. Tego się nie doświadczy na niedzielnej liturgii. Ani chyba nawet we wspólnocie czy ruchu modlitewnym.

Pielgrzymka zmienia ludzi?

Bardzo. Pamiętam najtrudniejsze lata pielgrzymek. W 1963 r. władze zabroniły nawet wyruszać wszystkim największym pielgrzymkom pod pretekstem endemicznego ogniska czarnej ospy we Wrocławiu. Upały były takie jak w tym roku. Pielgrzymka z Warszawy poszła nielegalnie, podobnie z Kalisza i z Radomia. Pod Grójcem milicja zawróciła tabor konny, który wiózł za pątnikami wszystkie rzeczy. Mimo to pielgrzymka poszła dalej. Ale gdy zobaczyłam łzy w oczach wracającego do Warszawy woźnicy, barczystego zakapiora, który na co dzień woził węgiel, zrozumiałam, co Pan Bóg potrafi zdziałać w nawet twardych sercach. Widziałam też tajniaków, którzy zawsze towarzyszyli pielgrzymkom. I byłam świadkiem, jak potrafią zachować się po ludzku. Jak jeden z funkcjonariuszy, który kupił w aptece środki opatrunkowe, bo nam brakowało. Wierzę, że nikt po pielgrzymce nie jest taki sam.

Władze utrudniały życie pielgrzymom?

Na różne sposoby. Od szykan w pracy i nieudzielania urlopów – choćby lekarzom, po małe akty dywersji, jak podcinanie linek pątniczych namiotów. Regularnie zamykano na trasie piekarnie i sklepy spożywcze, ale zawsze otwarte były sklepy monopolowe. Zdarzały się pobicia. Mnie relegowano ze studiów za pielgrzymkę akademicką. Śmieję się, że dzięki ubekom skończyłam szkołę pielęgniarską, bo wyrzucili mnie z Uniwersytetu Warszawskiego. Kolegium w Grójcu wlepiło mi mandat w wysokości pięciokrotności stypendium. Pułkownik w Pałacu Mostowskich niedwuznacznie sugerował, że wstąpienie do Związku Młodzieży Socjalistycznej ułatwiłoby mi karierę. Padła propozycja współpracy z SB. Roześmiałam się, że nie mam czasu. Od 1966 r., kiedy po raz pierwszy odpowiedzialna byłam za całą medyczną stronę pielgrzymki, bo nie pozwolono pójść lekarzowi, zajęłam się sanitariatem, czyli punktem pomocy pielęgniarskiej. I robiłam to przez 15 lat, potem przez dekadę także w pielgrzymce gorzowskiej.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama