Nowy numer 48/2020 Archiwum

Ucieczka poety

Spektaklem „Na czworakach” w reżyserii Jerzego Stuhra Teatr Polonia przypomniał nieco zapomniany dramat Tadeusza Różewicza. Rodzi się refleksja na temat roli artysty w społeczeństwie.

Stuhr przyznaje, że ten dramat uczynił tematem swojej pracy magisterskiej. To już drugi przypadek, po „Kordianie”, że reżyser chce po latach skonfrontować swój niegdysiejszy odbiór tekstu. Dowodzi to żywotności sztuki, ale też pokazuje proces dojrzewania, który zmienia ogląd dzieła i ogląd rzeczywistości w ogóle.

W dramacie Różewicza najbliższa Stuhrowi jest potężna dawka autoironii, demaskująca romantyczny mit poety jako wieszcza wiodącego naród ku lepszej przyszłości. Dziś zdziecinniały bohater Różewicza, Laurenty, nie ma już złudzeń. Ucieka w prywatność, w świat dzieciństwa.

Laurenty, w którym ukrywa się sam Różewicz, to inteligent, który odmawia bycia autorytetem. Najchętniej bawi się kolejką elektryczną, a gdy kolejka się psuje, rodzi się prawdziwy dramat. Gosposia Pelasia (świetna Dorota Stalińska) najchętniej nie dopuszczałaby do swego pana żadnych oficjeli, którzy chcą go obdarować medalami.

Talerz gorącej zupy – oto, co potrzebne jej panu. Wielki Różewicz, jak mówi Stuhr, daje mu zakpić z samego siebie. Laurenty, podobnie jak Różewicz i Stuhr, wie, jak mało znaczą medale i sława.

Sztuka „Na czworakach” wydała mi się formalnie zbliżona do „Kartoteki”. Różewicz świadomie zrywa z chronologią, wypełnia swoje kwestie nieskończoną ilością cytatów, jakby chciał powiedzieć, jak niewiele kryją w sobie treści. I tu, jak w „Kartotece”, mógłby pojawić się Chór, który próbuje zaktywizować bohatera: „Rób coś, ruszaj się myśl/ mów coś, rób coś/ w uchu chociaż dłub!”. Ale jak tu coś robić, gdy nie widzi się sensu w tym, co dotąd wypełniało życie? Gdy wciąż odzywa się udręczona podświadomość Bohatera? Podziela opinie, że rym to narzędzie rytmizowania pustki? Więc lepiej chodzić na czworakach i głaskać głupiutką dziennikarkę, która przyszła zrobić wywiad, a została na zawsze.

Sztuka ma oczywiście formę groteski, więc dialogi skrzą się humorem. Zwłaszcza drugi akt, gdzie szacowny jubilat stał się już godnym rekwizytem we własnym muzeum, do którego Pelasia nie wpuszcza nikogo bez „ciapciów”. Znakomitą rolę niespełnionego literata gra Wiesław Komasa. Finał niewątpliwie rozbawi i zaskoczy widzów.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama