Nowy numer 2/2021 Archiwum

Fredro nieznany

Smutny obraz świata nie prowokuje do żartów.

Wystawione w Teatrze Polskim „Dożywocie” Aleksandra Fredry potwierdza moje odkrycie, dlaczego autora nazywano „smutnym komediantem” i dlaczego pisarz złamał pióro na 20 lat. Rozumiem też wyznanie Gabrieli Zapolskiej: „Ja śmiać się na »Dożywociu« nie mogę. Doznaję wręcz przeciwnego wrażenia”.

W istocie jest to sztuka nad wyraz ponura. A że widownia od czasu do czasu się zaśmiewa, robi to siłą przyzwyczajenia. Wszak Fredro pisał komedie, czyż nie? I druga, nie mniej ważna uwaga na temat Fredry, jaka padła z ust Tadeusza Różewicza: „To jedyny polski dramatopisarz, który zajmował się życiem”. A życie wówczas wymagało kompromisów, co więcej, wyrzeczenia się ideałów i brutalnej odpowiedzi na pytanie: „Co u ciebie w większej cenie/ czy pieniądze, czy sumienie”. Sądząc po fabule, większość bohaterów wybierała to pierwsze. Czymże więc było owo „dożywocie”? Umową, na mocy której właściciel podupadającego majątku mógł w zamian za opiekę przekazać dożywotnio płynące z niego zyski. Nabywca dożywocia, w tym wypadku chciwy Łatek, dbał o zdrowie zapewniającego mu „dywidendy”. Utracjusz i hulaka Birbancki mało się tym przejmował. I oto cała akcja, plus wątek romansowy, a raczej transakcja: sprzedaż córki za pokaźną kwotę. Nietrudno było zrozumieć pełne sceptycyzmu wyznania Fredry: „Otóż nie ma przyjaźni, choć przyjaciół wielu”. I dalej: „Nie boli, że nie mam szczęścia do ludzi, ale boli, że je mają niegodni. Im mniej wielkich ludzi, tym więcej pomników i medali”. Smutno, boleśnie, okropnie. Fredro niejednokrotnie dawał wyraz swojej miłości do ojczyzny, gdy więc romantycy zaatakowali go za brak patriotyzmu, zamilkł na kilkanaście lat. Była to bowiem wobec autora jawna niewdzięczność. Filip Bajon wyznał w trakcie realizacji sztuki: „Teatr uczy pokory”. A jednak tej pokory chyba w sobie nie znalazł. Wprowadzenie na scenę kolorowych plansz z indeksami zysków i strat, wśród których gdzieś po drodze migają ośmiorniczki, to gadżety mało pomysłowe jak na uaktualnienie treści. Jeszcze automaty do gry i maklerki biegające w kusych spódniczkach i czerwonych szelkach. Pozostałe sceny grane są tradycyjnie. Brawurowo i nowocześnie zagrał jedynie rolę Birbanckiego Krzysztof Kwiatkowski.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama