Nowy numer 44/2020 Archiwum

Gdy myślisz, że ci trudno…

W życiu miał ciągle pod górkę i tak wspinając się, doszedł na szczyt… świętości. 5 czerwca o. Jan Papczyński, mistyk, marianin z Góry Kalwarii, będzie kanonizowany.

Obraz Matki Boskiej Bolesnej w drewnianym kościele sanktuarium w Mariańskim Porzeczu jest duży i kustosz ks. Jan Krajewski MIC wątpi, by zmieścił się w wiejskiej chacie w podsądeckim Podegrodziu. A to właśnie przy nim 18 maja 1631 r. miał przyjść na świat Jan Papka (później Papczyński), najmłodszy z ośmiorga dzieci Tomasza i Zofii Tacikowskiej. Z drugiej strony, rodzice byli ludźmi zamożnymi, mieli dwa domy i kawałek pola, a ojciec kowal liczył na to, że właśnie Janek przejmie po nim fach.

Ale chłopak, chociaż bardzo pobożny i dobry, zupełnie nie miał głowy do nauki. Chodził do szkół i z nich uciekał, aż ojciec postanowił, że jedyną rzeczą, do której się nadaje, to wypasanie owiec. I nie wiadomo, co Jankowi na tych pastwiskach w duszy zagrało: góralski upór czy jak chcą pobożni biografowie – cudowna interwencja Matki Bożej – wrócił do lekcji i w jedną noc opanował cały alfabet. Co więcej, potem okazał się świetnym mówcą, został nauczycielem w kolegiach w Warszawie i Rzeszowie, a także autorem panegiryków i książek o życiu duchowym. A po 300 latach również świętym. Ponieważ na własnej skórze doświadczył trudów edukacji, więc szczególną opieką otacza mało pojętnych uczniów.

Pustelnik apostołem

Kiedy w 1993 r. podpalono drewniany kościół w Puszczy Mariańskiej, strażacy franciszkanie z Niepokalanowa pomodlili się i złapali za strażackie węże. Ale zabytek płonął jak pochodnia. Z kolebki marianów, małego kościółka i klasztoru, pozostało tylko prezbiterium. Zachowane do dzisiaj jako mała kaplica, przypomina o trudach, w jakich rodził się pierwszy zakon czcicieli Niepokalanego Poczęcia NMP, 200 lat przed oficjalnym zatwierdzeniem tego dogmatu. – Zachowało się niewiele: poczerniały od wysokiej temperatury krucyfiks, ambona, kilka naczyń liturgicznych i pęknięty dzwon – wymienia ks. Zbigniew Borkowski MIC, proboszcz parafii św. Michała Archanioła. Do Puszczy Korabiewskiej (teraz Mariańskiej) o. Papczyński przyjechał w 1673 r. już jako dojrzały zakonnik, świadomy swojej misji powołania nowego zgromadzenia. W ręku trzymał napisaną przez siebie regułę i dekret bp. Jacka Święcickiego o powstaniu klasztoru marianów. Zanim to jednak nastąpiło, prawie 20 lat wcześniej, wbrew planom rodziny, która miała już dla niego kandydatkę na żonę, Jan Papczyński zapukał do pijarów w Podolińcu na Słowacji. Został o. Stanisławem od Jezusa i Maryi. W niespokojnych czasach potopu szwedzkiego kilkakrotnie wraz z innymi zakonnikami musiał uciekać przed wojskami z jednego klasztoru do drugiego. W 1661 r. w Brzozowie k. Rzeszowa przyjął święcenia kapłańskie. Uczył retoryki w kolegium w Rzeszowie, był kaznodzieją i nauczycielem w Warszawie, na krótko wyjechał też do Nikolburga w Czechach, a potem osiadł w Krakowie. Z góralską pasją ewangelizował, dla swoich uczniów napisał podręcznik retoryki (kilkakrotnie wznawiany), stał się uznanym przewodnikiem duchowym, spowiednikiem, m.in. nuncjusza apostolskiego Antonia Pignatellego (późniejszego papieża Innocentego XII) oraz Jana III Sobieskiego. Jednak wśród pijarskich braci nie czuł się rozumiany. „Buntownika” broniącego ścisłego przestrzegania zakonnych reguł, zwłaszcza ubóstwa, współbracia wtrącili na trzy miesiące do więzienia. Po tym czasie „długotrwałego męczeństwa” – jak nazwał go w swoich pismach o. Stanisław – otrzymał papieską dyspensę i odszedł od pijarów. Życia zakonnego jednak nie porzucił. Nie przyjął zaproszeń innych zakonów ani nawet biskupów. Na cześć Niepokalanej ubrał się w biały habit i w Luboczy na Mazowszu ochoczo pisał regułę nowego zgromadzenia. Wcielać w życie zaczął ją w Puszczy Mariańskiej, gdzie przyjechał do małej wspólnoty eremitów. I tu znów zaczęły się problemy. Apostolska wizja nijak miała się do pustelniczego, już okrzepłego życia dawnych żołnierzy, którym daleko było do ascezy. Nie wytrzymywali zrywania się na jutrznię i życia w trzeźwości. Wkrótce z założycielem pozostał już tylko właściciel pustelni Stanisław Krajewski. Ale i on, nie mogąc wyrzec się uroków życia, w końcu pobił marianina i uciekł. Ojciec Stanisław był załamany, złożył nawet podanie o powrót do pijarów. Na szczęście Bóg znakami potwierdził, że chce nowego, rodzącego się z takimi trudnościami zgromadzenia. Z leśnej głuszy zaczęły dochodzić głosy o cudach i uzdrowieniach, wyproszonych przez „białego ojca”. Wkrótce do eremickich chatek wprowadzili się pierwsi kandydaci do zakonu, już stateczni i rozważni. Co ciekawe, powrócił też Krajewski, który po latach procesowania się o ziemię z o. Papczyńskim nawrócił się i przyjął śluby zakonne.

Król dziękował, wieśniacy pobili

Na przykościelnym placu w Puszczy Mariańskiej obok pomnika założyciela marianów stoi drugi – króla Jana III Sobieskiego. Według podań właśnie w tym miejscu stała lipa, pod którą obaj mężczyźni rozmawiali o polityce i sprawach duchowych. Ojciec Papczyński miał wizję zwycięskiej walki pod Chocimiem, a gdy Sobieski wyruszał pod Wiedeń, zwołał modlitewną krucjatę. Po triumfalnym powrocie hetman nadał nowemu zgromadzeniu wiele przywilejów i podarował im ozdobną turecką kapę. Kiedy zakonnik pojechał jako kapelan z wojskami króla na Ukrainę, ukazało mu się wiele dusz poległych żołnierzy proszących o modlitwę. Otrzymał też łaskę wizji czyśćca i doświadczenia cierpień uwięzionych w nim dusz. Te przeżycia tak nim wstrząsnęły, że obok szerzenia kultu Niepokalanego Poczęcia NMP nakazał współbraciom codzienne modlitwy i umartwienia za zmarłych. W 1677 r. wspólnota była już tak liczna, że jej przełożony przyjął zaproszenie bp. Stefana Wierzbowskiego i wraz z kilkoma braćmi przeniósł się do „Wieczernika Pańskiego” w Nowej Jerozolimie, obecnej Górze Kalwarii. Początki znów nie były łatwe. Ojciec Papczyński sam zakasał rękawy, karczował las, osuszał bagna. A kiedy sytuacja zdawała się być już opanowana, miejscowi ludzie zaczęli wypasać bydło na zakonnych terenach, grozili „białym ojcom”, procesowali się z nimi o ziemie, a zdarzyło się, że nawet ich pobili. Zaprawiony w bojach o. Stanisław nie przejmował się zatargami, ewangelizował wieśniaków, opiekował się ubogimi, pomagał w budowie domu starców i kościoła w sąsiednim Jasieńcu. Zasłynął też cudami. Podczas Mszy św. w kościółku na Mariankach wskrzesił córkę właścicielki majątku Cedrowice, która wcześniej była wrogo nastawiona do zakonników. I takie łaski wyprasza nadal, już z nieba.

Dobre wieści z Rzymu

Po śmierci bp. Wierzbowskiego skonfliktowani z marianami mieszkańcy zaczęli się domagać od nowego biskupa rozwiązania wspólnoty. Co było robić, 60-letni wówczas założyciel wybrał się piechotą do Rzymu, żeby regułę nowego zgromadzenia zatwierdził sam papież, co dawałoby marianom pozycję nie do podważenia nawet przez miejscowego biskupa. Pech chciał, że akurat w tym czasie zmarł Aleksander VIII. Wybór nowego papieża opóźniał się, a zmęczony piechur poważnie zachorował i musiał zawrócić z drogi. Aprobata Stolicy Apostolskiej nadeszła dopiero w 1699 roku. Nowy papież, którym był dawny penitent o. Papczyńskiego, nakazał nuncjuszowi apostolskiemu przyjąć śluby marianów. Przełożony złożył je 6 czerwca 1701 r., trzy miesiące przed śmiercią. – Zgodnie z życzeniem założyciela, jego ciało pochowano pod posadzką wieczernika, prawdopodobnie w wejściu – mówi ks. Wojciech Skóra MIC, kustosz kościoła na Mariankach – sanktuarium bł. o. Papczyńskiego, gdzie złożone są jego doczesne szczątki i gdzie teraz znajduje się muzeum błogosławionego. W 1762 r. wybudowano sarkofag ze specjalną wnęką, przez którą można dotknąć trumny zakonnika już wtedy uważanego za świętego.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama