Nowy numer 25/2018 Archiwum

Ryzykowny debiut

Dla higieny psychicznej widza i krytyka potrzebna jest czasem w beczce miodu łyżka dziegciu.

Długo więc czekałam z recenzją spektaklu „Moja pierwsza śmierć w Wenecji” wystawionego na scenie Haliny Mikołajskiej w Teatrze Dramatycznym. Tym bardziej że spektakl ów firmują nazwiska debiutantów. Sztukę napisała autorka wierszy Justyna Bartelska, a wyreżyserował ją Tomasz Cyz, krytyk muzyczny.

W przedsięwzięcie debiutanta zawsze wpisane jest ryzyko. Tym większe, im śmielej sięga po pisarzy z najwyższej półki, na których się wzoruje. W programie bowiem aż roi się od punktów odniesienia. Autorka przywołuje Tomasza Manna, Ezrę Pounda, Josifa Brodskiego, Fryderyka Nietzs- chego, a także wpływy muzyczne Gustava Mahlera. Uff! To się nie mogło udać! Uwaga skupia się na bohaterze, który u schyłku życia dokonuje bilansu, zanurzając się w niebyt. I tu mamy pierwsze odniesienie. Gustaw von Aschenbach, który przybywa do Wenecji, by delektować się jej pięknem, widzi rozpad miasta w wyniku zarazy, która spada na piękny, luksusowy kurort. W spektaklu Bartelskiej bohater, którego gra Adam Ferency, przybiera postać „A”. Niewiele to zmienia. W domu umarłych broni się dramatycznie, krzycząc: – Ale przecież ja żyję! Mimo to jako żywy lub nieżywy dokonuje bilansu swego życia. Pojawia się Tadzio, którym bohater jest platonicznie zauroczony. Nie wiadomo dlaczego Tadzia gra aktorka Eliza Rycembel. Pojawia się matka, świetna Agnieszka Warchulska. Niespełniony artysta, żegnając się ze światem, delektuje się niezwykłą scenerią. Jego emocje to niezgoda na odejście w poczuciu niespełnienia, a jednocześnie ulga rozstania się z życiem, które go zawiodło. Dramaturgia nie oferuje widzom żadnych zwrotów akcji, nie przybliża rozterek bohatera. Rachunek sumienia, poczucie twórczych niedosytów pozostawiają widza obojętnym. Władysław Kowalski i Sławomir Grzymkowski ocierają się w swojej interpretacji o groteskę, co nie współgra z klimatem sztuki. Reżyser nie pomaga aktorom w rysowaniu interesujących postaci. Janusz Stokłosa, odpowiedzialny za oprawę muzyczną, nie czuje gatunku, w którym znalazł się jakby przypadkiem. Słowem ambicje realizatorów przerosły ich aparat teatralny. Zostaje nuda, choć problemy, których chcieli dotknąć autorka i reżyser, wydawały się interesujące.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma