Nowy numer 2/2021 Archiwum

Mistrz nie tylko pędzla

To w Warszawie Adam Chmielowski został ochrzczony, chodził do szkół, a potem wszedł na artystyczne salony. Ale nie malarska sława była mu pisana.

Ani chrzcielnica, ani inne wyposażenie kościoła Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny na Nowym Mieście nie pamiętają dnia, kiedy Wojciech Chmielowski przyszedł ochrzcić swoje pierwsze z czworga dzieci. Adaś miał wtedy już dwa latka, a ceremonia 17 czerwca 1847 r. w Warszawie była dopełnieniem „chrztu z wody”, który słabowity chłopiec otrzymał tydzień po narodzinach w Igołomi koło Krakowa.

Talent w genach

– W czasie wojny kościół był zniszczony i spalony – mówi ks. prałat Stefan Kotwiński, proboszcz nowomiejskiej parafii. – Ocalały jednak księgi metrykalne z adnotacją o chrzcie Adama Hilarego Bernarda Chmielowskiego. Są przechowywane w Archiwum Państwowym w Warszawie. Rodzina Chmielowskich przeniosła się do stolicy, kiedy ojciec Wojciech poważnie zachorował i nie mógł już pracować jako naczelnik komory celnej. Jego śmierć w 1953 r., w domu przy ul. Konwiktorskiej, była dla rodziny ciosem. Matka Józefa z Borzysławskich wysłała najstarszego syna do szkoły w Petersburgu, jednak po roku Adam wrócił i rozpoczął naukę w Gimnazjum Realnym w Warszawie. Nie było to gimnazjum im. Jana Pankiewicza – jak błędnie informują niektóre biografie – bo wybitny pedagog wtedy jeszcze żył i był inspektorem szkoły, do której uczęszczał Adam. Mieściła się ona przy Krakowskim Przedmieściu: w Pałacu Kazimierzowskim (obecna siedziba rektora Uniwersytetu Warszawskiego) i zbudowanym obok niego gmachu (teraz Wydział Biologii UW). Jak przypuszczają biografowie, już w gimnazjum, gdzie uczono rysunku, Adam odkrył zamiłowanie do malarstwa. Inni podkreślają, że otrzymał je w genach po uzdolnionej artystycznie rodzinie matki. To właśnie rodzina, a szczególnie Petronela Chmielowska zaopiekowała się Adamem i jego rodzeństwem po śmierci matki w 1859 roku. O grobowiec na Powązkach, w którym spoczęli Wojciech i Józefa, dbają teraz siostry albertynki z diecezji warszawsko-praskiej. Pod krzyżem z piaskowca dodano płytę z wyrytym napisem: „Grobowiec rodziców świętego Brata Alberta Adama Chmielowskiego”.

Dobre światło

Na Uniwersytecie Warszawskim nie pozostał żaden ślad po świętym wychowanku. Można go za to znaleźć na oddalonej od uniwersytetu ul. Książęcej, gdzie w kamienicy pod numerem 6 Adam Chmielowski mieszkał w czasach gimnazjalnych. – Nie wiemy, na którym piętrze. Nie znamy szczegółów – słyszę w Warszawskim Przedsiębiorstwie Geodezyjnym, które w 2003 r. ufundowało pamiątkową tablicę przy Książęcej, w sąsiedztwie swojej siedziby. Na Krakowskie Przedmieście Chmielowski powrócił jako doświadczony życiem dwudziestolatek: po powstańczych walkach, okaleczony, z protezą zamiast lewej nogi. Krótko studiował w Klasie Rysunków. Do Warszawy powrócił raz jeszcze 10 lat później, po pobycie w Gandawie, Paryżu i po studiach na Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. W nowoczesnym i ekskluzywnym Hotelu Europejskim, w którego przybudówce nad trzecim piętrem zamieszkali wówczas Chmielowski, Józef Chełmoński, Antoni Piotrowski i Stanisław Witkiewicz, artysta miał „dobre światło” do malowania. To tam Adam miał rozpocząć portretowanie aktorki Heleny Modrzejewskiej, tam też często zaglądali młody warszawski felietonista Henryk Sienkiewicz i kompozytor Antoni Sygietyński. Teraz decyzją konserwatora zabytków hotel przechodzi metamorfozę. Do trzech pięter dobudowano jeszcze dwa. Zniknęło miejsce, gdzie późniejsze artystyczne sławy rozwijały nie tylko swój warsztat, ale też osobowości.

Pożegnanie z cyganerią

Adam wszedł na salony Warszawy. Ale – jak dodaje s. Maksymiliana Sulej ze Zgromadzenia Sióstr Albertynek Posługujących Ubogim – nie był szczęśliwy. Także dlatego, że warszawscy krytycy nie szczędzili jego obrazom uszczypliwych uwag. – Dla swojego środowiska już wtedy był nie tylko malarzem – mówi s. Maksymiliana. – Postrzegano go jako autorytet, pytano go o zdanie nie tylko w kwestii sztuki. Helena Modrzejewska była nim zachwycona. Z jej pism wynika, że był dla niej ważną postacią, darzyła go niezwykłym szacunkiem. Adam Chmielowski wyjechał z Warszawy w 1877 roku. Porzucił salony, warszawską cyganerię, zabawy w gronie przyjaciół i dyskusje o istocie sztuki. Zaczął malować obraz „Ecco Homo” – także w swojej duszy. Jako Brat Albert oddaje siebie Bogu i na służbę ubogim. Aż do świętości.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama