Nowy numer 44/2020 Archiwum

Kocha i drwi

Za mało Gombrowicza, za dużo epizodów.

Z okazji jubileuszu 90-lecia teatr Ateneum zaprosił widzów na spektakl oparty na powieści Witolda Gombrowicza „Trans-Atlantyk”. A skoro bazę materii scenicznej stanowi tekst Gombrowicza, wiadomo było, że oceny spektaklu będą różne.

Autor adaptacji i reżyser, Artur Tyszkiewicz, czytając niedawno tekst Gombrowicza, odkrył, że od chwili napisania nie stracił on na aktualności. Nie trzeba było niczego dodawać ani niczego odrzucać. Nikomu bowiem ani wtedy, ani dziś nie była obojętna sprawa Polski. Zdaniem krytyków literackich „Trans-Atlantyk” stanowi rodzaj ucieczki od tego, co za oknem, co nas mierzi, co nas irytuje. Warto zauważyć, że im bardziej irytuje, tym bardziej dzieli. W gruncie rzeczy tekst Gombrowicza podejmuje próbę odpowiedzi na pytanie: czy można uciec od polskości? Pisarz kochał Polskę po swojemu, gorąco, ale nie bezkrytycznie. Pomysł reżysera, by narrator wcielił się w postać autora, był ciekawy. Autor (czyt. Gombrowicz) z typowym dla siebie dystansem kpi ze wszystkiego, co w tej Polsce do wykpienia się nadawało. Być może jednak wielowątkowość scenariusza nie pozwoliła ukazać wszystkich niuansów prozy. Zostały gorycz i sarkazm – to, co u tego autora jest najistotniejsze. Nade wszystko jednak ironia. Przemysław Bluszcz znakomicie radził sobie w podwójnej roli autora i narratora. Z odpowiednim dystansem, gdy trzeba było wejść w prześmiewczy ton Gombrowicza, ale i poważniej, gdy trzeba było nacisnąć pedał przyspieszenia. Niektórzy krytycy określili „Trans-Atlantyk” fantazją. Myślę jednak, że to coś znacznie więcej. To nasze kompleksy, rany, nasze niespełnienia w klarownej pigułce.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama