Nowy numer 42/2019 Archiwum

Cztery cuda „Sosenki”

Zofii Czekalskiej od dawna nie wypada śpiewać „Sto lat”. – Na pewno przed setką nie zdążę zrobić wszystkiego, o czym marzę – mówi.

Do Warszawy trafiła na miesiąc przed powstaniem. I choć ani razu nie miała broni w ręku, walczyła jak mogła. Odwagą, energią i poświęceniem zawstydzała nie tylko w 1944 roku.

Harcerka w każdym calu

Elegancka pani w wykonanym na drutach kapelusiku, z opaską na ramieniu z nazwą oddziału Chrobry II, kilkanaście dni temu skończyła 96 lat. Jednak na twarzy próżno szukać śladów upływającego czasu. A i pamięć lepsza niż u większości 20-, 30-latków.

− Jednego nie mogę sobie przypomnieć: gdzie ja spałam i co jadłam w powstaniu – mówi rezolutnie.

Choć wojenne wspomnienia nie mogą budzić uśmiechu, Zofia Czekalska jest dla wielu jak promień słońca w burzliwy dzień. Nie potrafi usiedzieć w miejscu. Każdemu by chciała pomóc.

O pójściu do powstania zdecydowała w święto Przemienienia Pańskiego. Pamięta, bo tego dnia żenił się w rodzinnym Tomaszowie Mazowieckim jej brat. Wygrało w niej harcerskie przyrzeczenie, by służyć Bogu i Polsce ze wszystkich sił. W końcu pochodziła z harcerskiej i patriotycznej rodziny. Kochającej się i muzykalnej, choć biednej.

Przemienienie

Do pracy przywykła od dzieciństwa. Jako 14-latka musiała pracować u krawcowej, zdążyć ugotować obiad i zanieść go kilka kilometrów dalej ciężko pracującemu ojcu. Gdy wybuchła wojna, trafiła do fabryki. Bała się wielkich maszyn, ale jeszcze bardziej przydzielenia do kontyngentu pracowników, którzy mieli być wywiezieni na roboty do niemieckich fabryk. Brat, który działał w konspiracji, nauczył ją symulować chorobę. Z podejrzeniem tyfusu Niemcy cofnęli więc piękną szesnastolatkę z dworca w Częstochowie. Ale w rodzinnym Tomaszowie Mazowieckim nie zagrzała miejsca. Rozstrzeliwania i łapanki także tu były na porządku dziennym. Już w pierwszych dniach wojny jednego z wujów wywieziono do Dachau. Jego żonę zabito, gdy zanosiła jabłka do tomaszowskiego getta. Osierociła dwoje dzieci, które przygarnęli rodzice Zosi. Gdy zrobiło się niebezpiecznie, zgodzili się wysłać ją do wuja, do Warszawy. Ten nie był przychylny powstaniu. Ale ktoś inny pokazywał Zosi na moście Poniatowskiego oddziały Rosjan na drugim brzegu i przekonywał, że w cztery dni Warszawa będzie wolna. Marzyła o końcu tego koszmaru, więc została. Ale gdy 6 sierpnia powstanie trwało dalej, a pomoc aliantów i Rosjan nie nadchodziła, w jej harcerskim sercu coś drgnęło. Chodziła po piwnicach, gdzie płakali stłoczeni w strachu mieszkańcy, i pocieszała, że w wielkie święto, Przemienienie Pańskie, musi być dobrze. Najbardziej żal jej było dzieci.

Czy się bała? – Nie można było być pewnym nawet następnej minuty, a wyjście po wiadro wody groziło zastrzeleniem przez snajperów. Wiele razy widziałam śmierć – mówi.

Gdy powstańcy ze zgrupowania Chrobry II zaprzysięgali ją, gdzieś na podwórku po drugiej stronie ulicy Siennej trwało bombardowanie. Zapytali ją, jaki chce pseudonim. Powiedziała: „Nie wiem… Sosenka?”. Bo przecież z domu była Sosnowska.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL