GN 42/2020 Archiwum

Miłosierdzie dla Rwandy

Na wieczystą adorację do Ruhango przychodzą nawet muzułmanie, a ks. Stanisław Urbaniak nieraz widział także protestanckiego pastora, który w nocy adorował Pana Jezusa.

Gdy miał 13 lat, przyśnił mu się Pan Jezus. Mały Staś mieszkał wówczas na wsi, w Hucie Czernickiej, niedaleko Wielunia. We śnie Jezus zapytał go, czy chce zostać Jego apostołem. Nie odpowiedział od razu. Wstąpił do niższego seminarium duchownego w Częstochowie. Do Mszy św. służył w Dolinie Miłosierdzia Bożego, w sanktuarium prowadzonym przez pallotynów.

Stasiowi Urbaniakowi tak podobały się gorące kazania głoszone przez ks. Edmunda Boniewicza, że zdecydował się wstąpić do pallotyńskiego seminarium. Święcenia przyjął w 1974 r., sześć lat później znalazł się w Rwandzie. Bardzo się lękał. – Do Ruhango wysłał mnie w 1990 r. późniejszy biskup Henryk Hoser. Powiedziałem, że zgadzam się, ale nie więcej niż na rok. Zostałem na 26 lat – mówi misjonarz, który dopiero w 2016 r. wrócił do Polski. Mieszka w Centrum Animacji Misyjnej w Konstancinie. W pokoju ma zdjęcie z Janem Pawłem II i dyplom z podziękowaniami od prezydenta Rwandy Paula Kagame za pracę na rzecz pojednania w społeczeństwie Rwandy.

Pallotyński misjonarz znalazł się wśród 17 osób uznanych za umurinzi w’igihango, czyli budujących jedność w czasie wojny w latach 1990–1994, gdy wraz z innymi pallotynami pomagał zwaśnionym plemionom Hutu i Tutsi. Gdy rebelianci z bronią w ręku otoczyli jego kościół, w którym modlili się ludzie o ocalenie, ks. Stanisław Urbaniak sam stanął naprzeciwko nich. – 13 maja 1994 r. Matka Boża Fatimska dodała mi sił, by przeciwstawić się napastnikom, którzy mierzyli do mnie z kałasznikowa. Gdy padłem krzyżem w kościele, modląc się, by odjechali, ludzie, którzy się w nim schronili, odmawiali Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Uratował ich Pan Jezus! – mówi z przekonaniem misjonarz.

To wtedy zrozumiał, że Bóg chce, by w Ruhango ludzie mogli Mu dziękować za ten i inne cuda, prosząc o pojednanie i duchowe łaski. Wkrótce po ludobójstwie ks. Stanisław Urbaniak rozpoczął budowę kaplicy wieczystej adoracji, przy której rozwija się kult Bożego Miłosierdzia. Przy sanktuarium w każdą pierwszą niedzielę miesiąca odbywają się Msze św. z modlitwą o uzdrowienie, co pokazali Maciej Bodasiński i Lech Dokowicz, autorzy filmu dokumentalnego „Ja Jestem”, mówiącego o cudzie obecności Jezusa w Eucharystii. Ksiądz Stanisław Urbaniak z monstrancją długi czas przechodzi wśród nieprzebranych tłumów przybywających do Ruhango, błogosławiąc chorych i poranionych na duszy. Większe uroczystości gromadzą w Centrum Jezusa Miłosiernego dziesiątki tysięcy wiernych.

– Sam doświadczyłem uzdrowienia podczas adoracji Najświętszego Sakramentu – mówi misjonarz, opisując zdarzenie z 1991 r. w Kigali, gdy podczas rekolekcji kapłańskich nagle i trwale został wyleczony z przepukliny dyskowej. To właśnie przez nią nie chciał jechać do Ruhango na dłużej niż rok. Uleczony z bólu zrozumiał jednak, że Bóg chce od niego więcej. Namalowanie obrazu Jezusa Miłosiernego zlecił br. Janowi Bandoszkowi z Ołtarzewa. Ten poprosił go, by pomodlił się za to, by przestała go boleć głowa. Nie mógł odmówić prośbie współbrata. – Pan Bóg uwolnił od migren brata Jana. Potem także wierni z Ruhango prosili, bym zaczął odprawiać Msze św. z modlitwą o uzdrowienie. Zgodziłem się z oporami, sam trochę nie dowierzając, że Jezus może w ten sposób działać cuda. Ale podczas pierwszej Mszy św. wyleczony został chłopiec, który nie miał władzy w nogach i rękach, a potem jeszcze pięcioletnie niewidome dziecko, które nagle krzyknęło do babci z zachwytu, że jest piękna…

Ksiądz Stanisław zawiesił w kościele wizerunek Jezusa Miłosiernego i wyjaśniał, że każde uzdrowienie fizyczne i duchowe trzeba odczytywać jako Boże wezwanie do nawrócenia. Wkrótce okazało się, że grupa wstawiennicza, szkoła ewangelizacyjna i koło biblijne, które zawiązały się w 1992 r., także były „po coś”. Gdy trwały walki plemienne, które pochłonęły setki tysięcy ofiar, a napastnicy nie wzdragali się rozlewać krwi nawet w świątyniach, w jego parafii nie zginął nikt. Hutu opiekowali się Tutsi z narażeniem życia, a jedni i drudzy mówili, że są gotowi umrzeć w kościele, przed Jezusem. Pierwsi pallotyńscy misjonarze 48 lat temu udali się do Brazylii i Rwandy. Potem na Barbados, do Kolumbii, Wenezueli, na Wybrzeże Kości Słoniowej, do Konga… Do dziś wyjechało 272 misjonarzy. Wielu z nich powraca do ojczyzny. Tam zostawili serce i zdrowie. Ale przede wszystkim Chrystusa.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama