Nowy numer 44/2020 Archiwum

A po Kalwarii przyszło zmartwychwstanie

O izolatce pełnej samotności, umieraniu i wielkanocnym wybudzeniu mówi ks. Paweł Komar, wikariusz parafii św. Mikołaja w Grójcu, który wyzdrowiał z COVID-19.

Joanna Jureczko-Wilk: Od czego zaczęła się choroba?

ks. Paweł Komar: Regularnie biegam i dwa tygodnie przed Wielkanocą po wieczornym treningu zaczęło boleć mnie gardło, dostałem wysokiej gorączki. Lekarz stwierdził anginę i przepisał mi antybiotyk. Rzadko łapię nawet zwykłe przeziębienia, ale wtedy po lekach nie było poprawy. Kiedy poczułem jakieś „szemranie” w płucach, pojawiła się myśl o koronawirusie. Grójec był wtedy jednym z większych ognisk zakażeń na Mazowszu, a ja przecież ciągle byłem wśród ludzi, chodziłem do sklepu, apteki... Na plebanii i w kościele przestrzegaliśmy perfekcyjnie kwestii bezpieczeństwa. Nie wiem, gdzie i kiedy się zaraziłem.

Do szpitala zakaźnego w Warszawie zawiózł Księdza proboszcz. Czy jeszcze któryś z grójeckich kapłanów miał wynik pozytywny testu?

Na szczęście wszyscy okazali się zdrowi. Już zakończyli kwarantannę i w kościele znów odprawiane są Msze św. Przed południem w Wielką Środę rzeczywiście ksiądz proboszcz zawiózł mnie samochodem, bo na karetkę musiałbym czekać kilka godzin, a ja ciągle gorączkowałem. Już w szpitalnej izolatce dostałem pozytywny wynik testu na koronawirusa i wiadomość, że mam zapalenie płuc. Podróż z Grójca na Wolę i cała procedura medyczna bardzo mnie zmęczyły, zaczęło brakować mi tchu. Od razu podano mi tlen. Sytuacja była na tyle poważna, że jeszcze w nocy przewieziono mnie na oddział intensywnej terapii i podłączono do respiratora. Wtedy nie wiedziałem, że moje wyniki badań były fatalne: miałem niski poziom tlenu we krwi, w płucach zwłóknienia, a w powiększonym sercu pojawił się płyn. O tym dowiedziałem się dopiero, gdy po pięciu dniach wybudziłem się ze śpiączki farmakologicznej, kiedy minął kryzys.

W Wielki Czwartek kard. Kazimierz Nycz odprawił w Księdza intencji Mszę św. krzyżma. Szturmowali niebo parafianie z Grójca, siostry karmelitanki, sakramentki, misjonarze w Afryce i Amerykach...

Tak, modlitwa płynęła nawet z daleka. Sytuacja była bardzo trudna, lekarze nie dawali mi dużych szans na przeżycie. Jedna z pielęgniarek zadzwoniła po szpitalnego kapelana o. Łukasza Barana CSsR, który przybiegł z klasztoru i udzielił mi absolucji generalnej na wypadek śmierci. Moi rodzice odmawiali koronkę za koronką. Było im szczególnie trudno, bo już stracili jednego syna w młodym wieku.

A to wszystko działo się w czasie Triduum Paschalnego...

Kiedy Jezus cierpiał samotność w Ogrójcu, umierał na krzyżu, zstąpił do Otchłani, ja przez pięć dni towarzyszyłem mu w cierpieniu ciała i ducha. Nic z tego czasu nie pamiętam, ale Bóg mnie z tej otchłani wyciągnął. I wierzę, że stało się to właśnie dzięki modlitwie wielkiej rzeszy ludzi. W Poniedziałek Wielkanocny zacząłem reagować na bodźce, następnego dnia wybudzono mnie ze śpiączki. Mój stan był na tyle dobry, że wróciłem do zwykłej izolatki. Pielęgniarka, która była moim aniołem stróżem, podała mi wtedy telefon i mogłem zdzwonić do rodziny. Ale zdążyłem tylko powiedzieć: „Żyję. Jak tam święta?”, a po drugiej stronie słuchawki wybuchła radość. I płacz.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama