Nowy numer 32/2022 Archiwum

Gdzie Dymsza i Fogg kapelusze kupowali

Na mapie Warszawy małych, rodzinnych firm jest coraz mniej. Najstarsze z nich mają ponad 200 lat i wiedzą, jak przetrwać „wbrew wszystkiemu i na przekór”.

Pracownia Kapeluszy i Czapek, założona przez Stefana Cieszkowskiego w 1864 r., to nestor w tej branży nie tylko w Warszawie, ale i w skali całej Polski. Prowadzi ją Alina Cieszkowska, reprezentująca czwarte pokolenie w rodzinnym biznesie. Firma najpierw mieściła się przy ul. Chmielnej, potem na Nowym Świecie, a od wojny do 1950 r. przy Marszałkowskiej 74 – w kamienicy, którą Stefan Cieszkowski (imiennik dziadka założyciela) odbudował po powrocie z niemieckich obozów.

W powojennej rzeczywistości potrafił stworzyć coś z niczego. Na targu przy ul. Emilii Plater kupował wojskowe płaszcze, z których po ufarbowaniu szył czapki i inne nakrycia głowy. Oprócz rzemieślniczego fachu Stefan Cieszkowski posiadał też piękny tenorowy głos. Był solistą Państwowej Operetki Warszawskiej. Przyjaciele z operetki nazywali go najlepszym śpiewakiem wśród kapeluszników i najlepszym kapelusznikiem wśród śpiewaków. Był mistrzem w swoim zawodzie, nic więc dziwnego, że do jego sklepu zaglądały takie gwiazdy jak: Mieczysław Fogg, Mieczysław Wojnicki, Adolf Dymsza i Ludwik Sempoliński. Od prawie pół wieku fasony filcowych kapeluszy, czapek i fascynatorów wymyśla i szyje Alina Cieszkowska, która kontynuuje rodzinne tradycje przy ul. J. Waszyngtona 30/36. Przez cały rok sprzedaje nakrycia głowy zimowe i letnie, bo jej klienci – także ci liczni z zagranicy – cenią rzeczy wysokiej jakości i o oryginalnym wzornictwie. – Tym, którzy pytają, czym nasze wyroby różnią się od tych dostępnych w sieciówkach, opowiadam historię, która zdarzyła mi się kilka lat temu. Zadzwonił starszy pan i powiedział, że jego pamiątkowy melonik potrzebuje drobnej naprawy. Melonik był w bardzo dobrym stanie, choć miał około 120 lat. Skąd to wiem? Wewnątrz na skórzanej wkładce wytłoczone było nazwisko mojego pradziadka – wspomina Alina Cieszkowska.

Internauci na ratunek

Jak naliczyli dr Anna Pikos i dr Tomasz Olejniczak z warszawskiej Akademii Leona Koźmińskiego, w stolicy spośród małych i średnich firm, założonych co najmniej przed II wojną światową, do teraz przetrwały 34. Podwaliny pod najstarszą – FARUM, oferującą wyroby medyczne, dała firma „Alfons Mann i Syn”, założona w 1819 roku. „Historia tych przedsiębiorstw to historia wielokrotnie dramatyczna, naznaczona nieciągłością i wyzwaniami. Te firmy, które przetrwały, a jest ich naprawdę niewiele, stanowią nieodłączny element dziedzictwa kulturowego i społecznego Warszawy. Z jednej strony mogą one stanowić inspirację, jak przetrwać w najtrudniejszych momentach historii, a z drugiej zasługują na szczególną uwagę oraz wsparcie otoczenia” – piszą badacze w opublikowanym właśnie raporcie pt. „Długowieczne firmy Warszawy”. A ratować warto, bo szczególnie ostatni rok, naznaczony pandemią, lockdownem i niepokojem o gospodarcze jutro, wielu małych przedsiębiorców odczuło bardzo dotkliwie. Trudnego czasu nie przetrwała Pracownia Rękawiczek Tomasza Kowalskiego przy ul. Chmielnej (punkt działał od 120 lat), która przekształciła się w sklep internetowy. Krok od bankructwa był liczący sobie ponad 100 lat Sklep Ogrodniczy „U Jadzi”. Po tym, jak jedna z jego młodych klientek w marcu ubiegłego roku zamieściła apel o pomoc w mediach społecznościowych, który udostępniło ponad 10 tys. osób, przed sklepem przy ul. Bagatela 13 ustawiły się długie kolejki. Właściciel Roman Pieńkowski był wzruszony odzewem warszawiaków. – Ta akcja i napływ klientów w ubiegłym roku nas uratowały – przyznaje właściciel.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama