Nowy numer 47/2022 Archiwum

Ksiądz D-anielski

Jeszcze przed obłóczynami alumn zapisał w pamiętniku: „Seminarium to sanktuarium! Jaki tu jesteś, takim będziesz kapłanem! Musisz być świętym! Dosłownie. Świętych kapłanów potrzeba, jeśli mają uczyć innych świętości”.

Gdy w dniu jego imienin najmłodsza siostra zapytała, czego mu życzyć, odpowiedział: „Abym był świętym”. To pragnienie towarzyszyło mu od dziecięcych lat, które spędzał pod Warszawą.

Całe życie przy ołtarzu

Wojciech Leon Jan Danielski urodził się 10 kwietnia 1935 r. w rodzinie o szlacheckich korzeniach. W domu Władysława, pochodzącego z Galicji, i warszawianki Ireny było pięcioro dzieci. Naukę Wojciech rozpoczął w czasie wojny w Zalesiu Górnym. Można było go tu spotkać, gdy codziennie na 7.00 wędrował cztery kilometry, by służyć do Mszy św. w kaplicy sióstr elżbietanek. Ministranturę pokochał dzięki ojcu, którego stracił w wieku dwunastu lat. Nie rezygnował z niej jednak nawet wtedy, gdy w okolicy słychać było bombardowanie podczas powstania warszawskiego.

Po wojnie rodzina przeniosła się stolicy, do parafii św. Aleksandra, gdzie proboszczem był bp Zygmunt Choromański. To przy nim odkrył powołanie i trafił do seminarium kilka przecznic dalej. Tu z kolei poznał o. Augustyna Jankowskiego OSB, dzięki któremu pokochał Tyniec, i izabelińskiego proboszcza ks. Aleksandra Fedorowicza. Jako kapłan korzystał też z kierownictwa duchowego jego brata ks. Tadeusza Fedorowicza. „Dobrych kapłanów Pan Jezus dał, przez dobrych się pokazał” – wspominał ks. Wojciech.

Ale i on wyróżniał się spośród innych alumnów – nie tylko dlatego, że był najmłodszy.

Anielski

– Był pierwszym, który do mnie podszedł. Mówiliśmy czasem na niego „Anielski” – od nazwiska, ale i z powodu niezwykłości, nadprzeciętności. Był bardzo ofiarny, oddany i pobożny. Z pewnością po mamie, którą poznałem wiele lat później, bo mieszkali na Kole. Zacna kobieta, właśnie taka, jaka powinna być mama dobrego księdza – wspomina ks. Jan Sikorski, były proboszcz parafii św. Józefa.

Jeszcze przed obłóczynami alumn zapisał w pamiętniku: „Seminarium to sanktuarium! Jaki tu jesteś, takim będziesz kapłanem! Musisz być świętym! Dosłownie. Świętych kapłanów potrzeba, jeśli mają uczyć innych świętości”.

Po ukończeniu w 1956 r. Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Warszawie kleryk Wojciech nie mógł przyjąć święceń z powodu zbyt młodego wieku. Trafił na KUL. Przełożeni proponowali studia z historii sztuki, ale pozwolono mu zająć się liturgią, o której przecież marzył niemal od dziecka.

W moim sercu na dnie

Święcenia prezbiteratu otrzymał 29 czerwca 1958 r. w archikatedrze warszawskiej z rąk swojego opiekuna bp. Z. Choromańskiego. Na prymicjach rozdawał obrazki z Chrystusem z kaplicy Baryczków i robił to również, gdy umierał na nowotwór, pocieszając na oddziale onkologicznym innych. Był gotów na śmierć od dawna. W katedrze warszawskiej 30 grudnia 1985 r. żegnały go tłumy wraz z prymasem Polski, biskupami i 120 kapłanami. Wszystko w atmosferze paschalnej nadziei, przy śpiewie „Zmartwychwstał Pan”.

Pierwszych wiernych z parafii Najczystszego Serca Maryi przy pl. Szembeka nie zapominał nawet wtedy, gdy 1 lipca 1963 r. został kapelanem sióstr niepokalanek na Mokotowie. Z powodu pracy doktorskiej zamieszkał jednak w Lublinie. Dysertację poświęcił swojemu patronowi św. Wojciechowi. KUL wydał ją w 1000. rocznicę śmierci męczennika. W tym czasie kapłan był aktywny w archidiecezji warszawskiej jako członek Diecezjalnej Komisji Liturgicznej i współtwórca m.in. diecezjalnej księgi nabożeństw oraz śpiewnika. Był autorem wielu wprowadzeń i komentarzy liturgicznych, a także149 haseł do Encyklopedii katolickiej.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy