Nowy numer 47/2022 Archiwum

Męczennicy warszawscy

Do końca trwały przy rannych i przed Chrystusem Eucharystycznym. W czasie całej II wojny światowej ofiara sióstr sakramentek była największą daniną krwi wśród osób konsekrowanych. Niestety niejedyną.

Nowomiejski Ogrójec

Już w pierwszych dniach sierpnia korytarze i piwnice klasztorne pełne były okolicznych mieszkańców. 9 sierpnia część klasztoru – rozmównice, korytarze, przedchórze i kapitularz – zajął szpital wojskowy. Siostry przyjmowały wszystkich z otwartym sercem, oddawały przybyszom cały zapas żywności, z narażeniem życia przynosiły wodę i przygotowywały posiłki. „Mamy wytrwać na stanowisku, na jakim postawił nas Bóg, mężnie i ufnie, tak długo, jak zechce, gotowe w każdej chwili na śmierć. Siostry bardzo się do tej wielkiej chwili przygotowują, a śmierć, zda się, krąży coraz bliżej. Na szczęście pomocy duchowej nam nie brak. Ojcowie Kapusta i Hrynaszkiewicz są zawsze na nasze usługi. Siostry spowiadają się często i spędzają całe dnie na żarliwej modlitwie i łączeniu się z Chrystusem w Ogrójcu. Tylko to podobieństwo do Jego Męki i konania na Górze Oliwnej daje nam siłę do przetrwania tych ciężkich chwil” – pisały mniszki w kronice klasztornej 29 sierpnia. Dwa dni później całe sklepienie kościoła, ostrzeliwane od wielu dni, runęło, grzebiąc pod gruzami zgromadzone wokół Najświętszego Sakramentu mniszki i około tysiąca osób cywilnych. W tym samym czasie zawaliły się też piwnice klasztorne, w których znajdowali się pozostali cywile, reszta sióstr oraz czterech księży. Wśród nich ks. prof. Józef Archutowski, brat błogosławionego. 2 września upadła cała Starówka. Gdy dzień wcześniej garstka sióstr, które przeżyły bombardowanie, opuszczała gruzy, wstrząśnięci nieszczęściem, ale i dumni z postawy bohaterskich mniszek powstańcy salutowali. Mogły się uratować wszystkie, gdyby się poddały. Ale nie opuściły tych, którym służyły. Przede wszystkim Jezusa, którego adorowały w chwili śmierci. Była 15.00, czwartek, dzień ustanowienia Eucharystii. Klasztorne kroniki zanotowały, że słowa płynęły z głębi serc. „Serc, które biły już właściwie niebiańskim rytmem. Na zakończenie antyfona »Witaj, Królowo«. Czyż mogła być piękniejsza modlitwa przygotowująca na śmierć?”. Zaraz po bombardowaniu, przy przeszukiwaniu piwnic, znaleziono jeszcze żywą siostrę Alojzę. W momencie bombardowania była w piwnicy i usługiwała tym, którzy tam się schronili. Walące się cegły i strop przygniotły ją i uwięziły jej nogi tak, że nie można było jej wydostać. Jedynym ratunkiem byłoby amputowanie jej nóg, oczywiście bez żadnej narkozy. Nie chciała się jednak na to zgodzić, gotowa była umrzeć w tym stanie. Razem z innymi mieszkańcami Starówki siostry zostały wypędzone do Pruszkowa. Schronienie znalazły u benedyktynek w Łowiczu, a później w opactwie w Staniątkach. Na warszawskie zgliszcza na stałe powróciły w 1945 r. W gruzach prócz szczątków umarłych znalazły i Żyjącego. Kiedy na Wielkanoc 1947 r. trzy siostry zeszły po drabinie pod dawną kaplicę Najświętszego Sakramentu, wśród zwałów znalazły tabernakulum, pognieciony kielich i bursę, a w niej komunikanty. Pobiegły do domu z radosną, ewangeliczną nowiną: „Znalazłyśmy Pana”.

Świadkowie kaźni

Swoją daninę krwi złożyli także jezuici z ul. Rakowieckiej. Już drugiego dnia powstania Niemcy najpierw schwytali kilkudziesięciu zakładników – zakonników i przypadkowych wiernych (w tym kobiety i chłopca), a następnie zabili większość z nich. Łącznie od kul karabinów i w wyniku eksplozji granatów zginęło ok. 40 osób, w tym 17 zakonników. Niemcy oskarżali ich o rzekome wsparcie powstańców i ostrzeliwanie. Na nic okazały się tłumaczenia, że nikt w klasztorze nie posiada broni. Pierwszy zginął od strzału w tył głowy przełożony wspólnoty zakonnej o. Edward Kosibowicz, znany i ceniony przez warszawiaków duszpasterz. Pozostałych przy życiu – łącznie ponad 50 osób – poprowadzono do sutereny. Wielu zatrzymanych odmawiało modlitwy, duchowni pośpiesznie udzielali rozgrzeszeń. Do stłoczonych w niewielkim pomieszczeniu esesmani wrzucili dwa granaty, a następnie dwukrotnie dobijali rannych seriami z automatu. Na szczęście, podobnie jak w przypadku sakramentek i redemptorystów, przeżyli świadkowie, którzy po latach mogli opowiedzieć o męczeńskiej śmierci współtowarzyszy. Na miejscu kaźni, przy ul. Rakowieckiej 61, mieści się teraz Collegium Bobolanum. Pokój, w którym 2 sierpnia Niemcy zamordowali ok. 40 osób, zamieniono w kaplicę. Pod podłogą pomieszczenia (w krypcie męczenników) pochowano straconych zakonników. •

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy