- Czy są tutaj tylko same dobre dzieci, czy jakieś niegrzeczne też przyszły? - pytał biskup, który zsunął się po dziesięciometrowej drabinie spod sufitu pokamedulskiego kościoła.
Najprawdziwszy święty Mikołaj przyniósł słodycze dzieciom w kościele bł. Edwarda Detkensa. Z humorem zauważył, że wszyscy urośli od zeszłego roku – ten komplement skierował również w stronę obecnego księdza Wojciecha Drozdowicza („urósł no, urósł”). Mimo narzekań na podeszły wiek i trudy chodzenia po śniegu, zszedł do dzieci po gigantycznej drabinie przystawionej do ściany prezbiterium.
Święty Mikołaj zszedł spod sufitu kościoła na Bielanach.Spod sklepienia kościoła na dzieci, pląsające wśród odrestaurowanych figur szopki betlejemskiej dłuta Józefa Wilkonia, padały płatki śniegu i ptasi puch.
Mikołaj w mitrze biskupiej i czerwonym stroju chciał wiedzieć, czy dzieci były lepsze niż w ubiegłym roku. Te chwaliły się konkretnymi uczynkami. Mikołaj dopytywał też o postępy w nauce i pomoc rodzicom w domowych obowiązkach, np. przy zmywaniu naczyń. Werdykt był jednoznaczny: wszystkie dzieci zasłużyły na podarki.
Tłumacząc się ogromem pracy i koniecznością odwiedzenia dzieci w innych miejscach w Polsce, w Ukrainie i innych krajach, rozdawanie prezentów Mikołaj powierzył swoim asystentom. Sam złożył wszystkim życzenia: błogosławił zgromadzonym, życzył wesołych świąt i szczęścia oraz prosił, by dzieci kochały swoich rodziców. Obiecał wrócić za rok, przypominając jednak, że odwiedza tylko grzeczne dzieci.