GN 2/2021 Archiwum

Każda jest pierwsza

Pielgrzymki. Na Jasną Górę zanieśli stos intencji. Niektórzy mieli je rozpisane na każdy dzień morderczej wędrówki po piachu i rozgrzanym, uginającym się pod stopami asfalcie. Bo wiedzą, że Madonnie o czarnym obliczu jej Syn odmówić nie umie.

Żegnając dwie największe pielgrzymki na Jasną Górę: akademicką WAPM i paulińską następnego dnia, kard. Kazimierz Nycz prosił szczególnie o modlitwę w intencji Kościoła warszawskiego i powołań. I to zwłaszcza zakonnych żeńskich, których w ostatnich latach ubywa najszybciej. Prosił zwłaszcza dlatego, że wakacje są dla ludzi młodych czasem szczególnych poszukiwań swojego miejsca na ziemi.

– Módlcie się o ich otwarte serca i usta, by mogli powiedzieć Panu Bogu: oto jestem – apelował metropolita warszawski w święto Objawienia Pańskiego przed kościołem Ducha Świętego. Dzień wcześniej słuchały go siostry ze Zgromadzenia Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego z Niegowa, s. Nikodema i s. Lidia. – Przez ostatnie trzy lata nie było żadnego powołania do naszego zgromadzenia. Aż w ubiegłym roku, gdy po raz pierwszy wybrałyśmy się na pielgrzymkę. Z taką intencją idziemy więc kolejny raz, żeby ludziom pokazać, że nie śpimy w trumnach, a życie zakonne jest bardzo urozmaicone. Na co dzień pracujemy z dziećmi niepełnosprawnymi intelektualnie, więc mamy też pełne plecaki innych intencji – śmieją się. Cała nasza nadzieja Ewa Szot z Konstancina chodziła na pielgrzymki i marzy, że kiedyś znowu spakuje plecak. I zawierzy Jezusowi, że doprowadzi ją przed obraz swojej Matki. Od trzech lat na drodze staje zawsze jakiś pretekst. Boi się o nogi, bo kilka lat temu zawiodły buty i ostatni etap szła w samych skarpetkach. Po pielgrzymce okazało się, że od dawna ma pękniętą kość śródstopia. – Ale że bez Boga ani do proga, to postanowiłam i „chodzę” w pielgrzymce duchowej. Codziennie jestem na Mszy św. o 15.00 u św. Anny. Modlę się za pielgrzymów, a oni fizycznie niosą moje intencje do Częstochowy. I wiem, że każda taka pielgrzymka, także duchowa – bo ta też bywa męką walki z własnym lenistwem – prostuje w życiu wiele poplątanych dróg. I pozwala znowu poczuć się młodo – dodaje. Coś mogą o tym powiedzieć Zofia Cichowska i Urszula Wityk, które były na pielgrzymkach (odpowiednio) 21 i 15 razy. Obydwie 75-letnie panie poszły na Jasną Górę z paulinami. – Oj, tak! Idziemy do Matki Bożej, bo to cała nasza nadzieja. Jedna z nas miała operację na otwartym sercu, wymianę zastawek, rozrusznik i nie opuści dnia bez „Jezu, ufam Tobie”. Kto wierzy, ten ufa. Nie wolno się poddawać. Jak się poddasz, to koniec – krzyczą, goniąc swoją grupę pielgrzymów.

Teściowa też idzie

Serce rośnie, gdy patrzy się na całe rodziny pchające w wózkach maleństwa, trzymające inne na barana i za ręce. Mówią, że nie wyobrażają sobie roku bez pielgrzymki. Za wielki trud dla dzieci? – To przecież one czasem robią podwójną drogę albo przedzierają się przez las, a na koniec wieczorem chcą jeszcze grać w piłkę – mówi, myśląc też o swoim 9-letnim Robercie, Michał Matejek z Poświętnego k. Wołomina. – A ja chyba wpadłem w „pielgrzymkowy nałóg”. Nad morzem bym się zanudził – śmieje się. I idzie 8. raz. Kasia i Michał powoli tracą rachubę, ile razy wędrowali przed tron Matki na Jasnej Górze. Belg z pochodzenia poznał Kasię na portalu przeznaczeni.pl. Mówią, że zostali sobie wymodleni. – Idziemy, choć wszyscy dookoła pukają się w głowę, radząc, żebyśmy urlop z dwójką dzieci spędzili raczej na wybrzeżu, nad wodą. A my mamy tyle intencji do omodlenia. Zawsze ktoś z bliskich jest chory, ktoś pragnie dziecka, ktoś potrzebuje nawrócenia – mówią Kasia i Michał De Klerck. Większą grupą wędruje też Darek Dominiak z Zielonki, który idzie w intencjach znajomego alkoholika i z modlitwą za brata. – Jak się wierzy, że się dojdzie, to pielgrzymka jest bardzo prosta – mówi, pokazując sześcioro swoich dzieci. Najmłodsze, pod sercem mamy, ma dopiero 4 tygodnie. – I niech pan napisze, że idzie z nami teściowa!

nigdy więcej?

Wojciech Kowalczyk Anię poznał na pielgrzymkach. On idzie 23. raz. Chyba. Co roku bardziej do niego dociera, że Matka Boża jest jego Matką, nie tylko „tytularną”. W ubiegłym roku wchodzili na Jasną Górę w strojach ślubnych. W tym roku dziękują za łaskę poczęcia dziecka. Choć Anna z tego powodu będzie to robiła duchowo, w Warszawie. A on po raz 11. czy 12. jako jeden z kilkunastu przewodników grup, którzy dbają, by pielgrzymka nie zeszła z dobrej drogi. – Każda pielgrzymka jest pierwsza – stwierdza z kolei Anna Maksjan, która w pierwszą pielgrzymkę ruszyła w 1980 r. Tegoroczna była dla niej jubileuszowa – 30. – Każda jest pierwsza, bo jest wędrówką trochę w nieznane, jak całe życie – zauważa lektorka języka angielskiego, naklejając na postoju pierwsze plastry. Pamięta, jak po pierwszej wędrówce na Jasną Górę powiedziała sobie: „Nigdy więcej”. – Nie wiem, jak to się dzieje, ale potem znowu poszłam. I znowu... I zobaczyłam, że po każdej pielgrzymce bardziej się „prostowałam” – dodaje. Obok niej idzie Maria Bończykowa. Miała stryja, znanego lekarza, który wędrował na Jasną Górę 40 razy. Jej mama – 20. Ona poszła na Jasną Górę po raz drugi. – Każdy do tego musi dojrzeć – mówi.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama