Nowy numer 44/2020 Archiwum

Paczki z nieba

„Mikołaj Warszawski” odfrunął – mówią o śmierci Romualda Mądrakiewicza jego bliscy. Bo jeśli człowiek jest aniołem, to właśnie w ten sposób odchodzi.

Prosto z kościoła św. Jakuba urna z prochami Romualda Mądrakiewicza odjechała do Lublina, do rodzinnego grobowca. Kazimierz Zieliński, wieloletni przyjaciel bezdomnego społecznika, siada na krześle. Pomału schodzą emocje. Znali się 50 lat.

Godzinami o uśmiechu

– On miał nogi do baletu, a ja głos do chóru. Razem występowaliśmy w zespole reprezentacyjnym Harcerstwa Polskiego. Pamiętam, jak szliśmy kiedyś na 1 maja, przebrali nas za krakusów. Propagandzie zależało, że niby to młodzież z Nowej Huty na obchody Święta Pracy przyjechała. A Romek się wyrwał, że on przy ul. Hożej mieszka. Ludzie się śmiali – wspomina nastoletnie lata. Przywołuje także jego studia na AWF-ie i pracę w szpitalu w Otwocku. Późniejszą działalności w harcerstwie i wspólne dobroczynne akcje. – On miał pomysły, a ja je realizowałem – mówi i denerwuje się, gdy ktoś próbuje „okroić” Romkowy życiorys i zrobić z niego tylko bezdomnego społecznika – Mikołaja Warszawskiego. A Romek tym Mikołajem chciał być. I często mówił o małych iskierkach, które zapaliły w nim duży charytatywny płomień. – Wrażliwości na drugiego człowiek nauczyła mnie mama. Ona nawet jak sami jedliśmy chleb z cukrem pokropiony wodą, potrafiła dzielić się z innymi – mówił. Potem było harcerstwo i obowiązek jednego dobrego uczynku, bierzmowanie i słowa wypowiedziane przez Prymasa Tysiąclecia: „Jesteśmy sobie ku pomocy”, które tak bardzo zapadły mu w pamięć. O przyczynach swojej bezdomności niechętnie wspominał. Godzinami mógł za to opowiadać o uśmiechu dzieci, którym pomógł, rodzinach, które czekają na pierzynę czy ubrania. I listach, przez które czasami spać nie może. Bo mają tylko jedną prośbę: „Mikołaju, o chleb proszę, o nic więcej”. – Kilkanaście lat temu został napadnięty i ciężko pobity. Zrobił się wówczas tajemniczy i nieufny. Coraz mniej radził sobie ze sobą, ale wrażliwość na drugiego człowieka mu pozostała – wspomina Kazimierz Zieliński. I dodaje: – Chciałem mu pomóc wyjść z bezdomności, kilka lat temu udostępniłem mu pokój w moim mieszkaniu. Tu zmarł. Nagle. Miał 80 lat. Zorganizowaliśmy cichą harcerską Mszę św.

Karmił głodnych

Przyszli najbliżsi. – Nie wierzyłem, kiedy mówił, że da się pomagać innym, nie mając nic. A on zbierał puszki i kupował znaczki; dary, które rozsyłał potrzebującym w całej Polsce, przynosili mu ludzie. Potem zrozumiałem, że mając kasę, można nią sypać na lewo i prawo, ale nie będzie to miłość, tylko filantropia. A Romek pomagał z miłości do ludzi – mówi Robert Rainhard, który razem z Markiem Jaromskim w porannych audycjach w Radiu Józef pomagał Mikołajowi szukać darczyńców, gotowych ufundować paczki dla biednych rodzin. Na pogrzeb przyniósł pamiątkowe zdjęcie Mikołaja z fragmentem z Ewangelii św. Mateusza o czynieniu dobra braciom najmniejszym. – Ta Ewangelia to jego przepustka do nieba. On tak żył – wyjaśnił. Urna z prochami Mikołaj leżała przed ołtarzem. – Odszedł od nas pomysłodawca i organizator akcji charytatywnej dla rodzin wielodzietnych „Duża paka dla głodnego dzieciaka” oraz „Rodzina wspiera rodzinę”. W czasie swojej działalności Mikołaj wysłał kilkaset paczek. W pomoc zaangażowały się instytucje świeckie i kościelne. Za swoją działalność został uhonorowany m.in. przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego w konkursie na Wolontariusza Roku, dostawał dziesiątki listów z podziękowaniami. Wierzymy, że nadal będziesz rozsyłał paczki – brzmiały ostatnie słowa pożegnania.

Bajkowe biuro

– Jeszcze tyle tego zostało – pokazuje na stertę rzeczy Kazimierz Zieliński. – Dwa tygodnie już robię w mieszkaniu porządek: jedzenie, które gromadził tu dla biednych, już rozdałem, klucze i dokumenty przekazałem rodzinie. Ubrania i pudełka z listami z prośbą o pomoc także oddam w dobre ręce – wylicza. Spuściznę po Mikołaju odziedziczy także Magazyn „Wspak”, z którym od 6 lat współpracował. Często kolportował pismo na Dworcu Centralnym, za pozyskane ze sprzedaży pieniądze wysyłał paczki. – Udostępniliśmy mu pomieszczenie, w którym prowadził Bajkowe Biuro Mikołaja – magazynował dary otrzymane od ludzi, odpowiadał na listy, które za pośrednictwem gazety nadsyłali. Chcieliśmy, by na stare lata, gdy pogorszyło mu się zdrowie, mógł siedzieć za biurkiem, a harcerze wysyłaliby paczki. Szkoda, że nie doczekał lepszych czasów – mówiła Barbara Kaznowska, wydawca gazety, i dodaje, że szuka nowej formuły prawnej dla tej działalności. Długie siwe włosy. Broda, o którą się ponoć kiedyś z kimś założył, że będzie miał dłuższą, i słowa dotrzymał. Czerwona opaska. W ręku torba. Pogodne spojrzenie. Ale tak naprawdę znakiem rozpoznawczym było jego serce. – Wielu ludzi będzie za nim tęsknić. Pomoc, którą organizował, może nie była największa, ale liczyła się miłość, którą w swoją pracę wkładał – dodaje B. Kaznowska.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama