Wyspiański w rytmie disco polo

Nieszczęściem współczesnego teatru jest przekonanie, że trzeba koniecznie zaistnieć jakimś oryginalnym pomysłem. Powstają więc puste spektakle, w których próżno doszukać się myśli.

Każda kolejna inscenizacja „Wesela”, a od roku 1901 zagrano dramat Wyspiańskiego 200 razy, potwierdza, że ten swoisty rachunek sumienia wciąż odbywamy na nowo. Jakby wbrew sobie bijemy się w pierś i z żarliwością szepczemy: „moja wina, moja bardzo wielka wina”. Cóż stąd, że gdy wstaje świt, z tej nocy niewiele pamiętamy. Dlaczego? Bo jak mówi Pan Młody, wolimy spać. „Spać, bo życie zbyt zawiłe/ Trza by mieć ogromną siłę/ Siłę jakąś tytaniczną/ Żeby być czymś na tej wadze/ Gdzie się wszystko niańczy w bladze”. Ot co! Gdy błaznujemy, biją nam brawo, ale gdy cierpimy, jesteśmy śmieszni. Więc tylko w tę szczególną noc odkryjemy, co komu w duszy gra. Rano pozostaną jedynie majaki. Może był jakiś Wernyhora, jakiś Stańczyk, jakiś Rycerz? „Polska to jest wielka rzecz” recytowaliśmy w natchnieniu. I co z tego pozostało?

Dziękujemy, że z nami jesteś

To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.

Czytasz fragment artykułu

Subskrybuj i czytaj całość

już od 14,90

Poznaj pełną ofertę SUBSKRYPCJI

Masz subskrypcję?
Kup wydanie papierowe lub najnowsze e-wydanie.
« 1 »