Nowy numer 33/2019 Archiwum

Uśmiech Ponnammy

– Nauczyciele spotykają uczniów, lekarze – pacjentów, a ty spotykasz bliźnich – usłyszała Paulina Nycz. I przez 14 miesięcy misyjnego pobytu w Indiach uczyła się, jak być dla innych.

WEuropie jesteśmy przyzwyczajeni, że pomoc drugiemu człowiekowi to jest zrobienie czegoś konkretnego, na misjach uczyłam się, że często najpiękniejszym darem jest moja obecność – zaczyna swoją opowieść Paulina Nycz, 30-letnia wolontariuszka misyjna Domów Serca.

Idę w ciemno

O wyjeździe na misje nigdy nie myślała. Pewnego dnia otrzymała od koleżanki zaproszenie, do finansowego wsparcia jej wyjazdu misyjnego. – Zaczęłam się wówczas zastanawiać, dlaczego młoda dziewczyna, która ma pracę, mieszkanie, przyjaciół, rzuca wszystko i wyjeżdża na koniec świata. Odpowiedź przyszła, kiedy zobaczyłam ją po powrocie – była bardzo szczęśliwa. Wtedy zrozumiałam, że ta radość wynika z tego, że dała innym coś z siebie – wspomina Paulina.

Od tego momentu w jej sercu coraz częściej pojawiało się ciche pytanie: może ty też pojedziesz? Im dłużej się zastanawiała, tym większy czuła niepokój. – Wszystko wydawało się nie do pokonania – zebranie 17 tys. na wyjazd, zostawienie pracy i przyjaciół. Pewnego dnia powiedziałam Bogu: „Dobrze, jeśli tego chcesz, biorę Cię za rękę i idę w tę ciemność z Tobą”. Przyszła ulga i przekonanie, że Bóg wszystko trzyma w swoim ręku – wspomina.

Potrzymać za rękę

Przy wsparciu rodziny, przyjaciół i wspólnoty udało się wyjechać. W miasteczku Chengalpattu w południowo-wschodnich Indiach, gdzie mieści się placówka Domu Serca, była jedną z czterech białych kobiet – misyjnych wolontariuszek.

– Ludzie dotykali mojej skóry i mówili, że wyglądam jak lalka. Zdarzało się, że dzieci w małych wioskach myślały, że jestem... duchem – mówi.

Pierwszy kryzys przyszedł zaraz po przyjeździe. – Od ostrego jedzenia rozbolał mnie brzuch. Męczyły mnie zapachy przypraw, niezrozumiały język i gorąco. Poza tym karaluchy, wchodzące do mieszkań myszy, szczury i małpy. Woda dostępna była w ograniczonych ilościach, a w porze suszy raz w tygodniu od 4.00 do 6.00 rano. W kolejnych miesiącach doszła tęsknota za rodziną i przyjaciółmi – opowiada.

Dzień zaczynał się przed 6.00 rano Mszą św., potem był czas na jutrznię, a w ciągu dnia adorację Najświętszego Sakramentu. Potem apostolat. W salonie swojego domu wolontariuszki prowadziły świetlicę dla dzieci. – W Indiach rodzice długo pracują, panuje duża bieda, więc dzieci od najmłodszych lat angażowane są w pomoc w domu. Starałyśmy się przywrócić im dzieciństwo – organizowałyśmy wycieczki na basen, do zoo, kina i na pobliską plażę, wspólnie gotowaliśmy i odrabialiśmy lekcje – tłumaczy.

Wolontariuszki odwiedzały także ubogie rodziny, przytułek dla niepełnosprawnych dzieci i wioskę dla trędowatych.

– Czasami tylko po to, by kogoś wysłuchać, z kimś pobyć, kogoś potrzymać za rękę i wypić kawę – wspomina.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Polecamy

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL