Nowy numer 44/2020 Archiwum

Życie jak rzeźba

Pracownia Gustawa Zemły na Woli wygląda jak najpiękniejsza kaplica. Święte postacie wypełniają każdy skrawek podłogi, półki, parapetu. Nawet deski, które ją budują, są jak relikwia.

Uścisk ma wciąż silny, choć przyznaje, że najlepsze lata ma za sobą. Trudno w to uwierzyć, rozglądając się po przybudówce domu przy ul. Obozowej. Krok stąd przecież do parku Moczydło, gdzie stoi jeden z najpiękniejszych jego pomników. Kto nie zna Chrystusa Miłosiernego, który strumieniami łask obdarowuje wszystkich mijających Go w drodze, idących ulicą Górczewską do pracy i z powrotem? Trochę żal, że teraz będzie tu metro i figura ta schowa się przed tysiącami oczu.

Wznieś oczy w górę

Warszawiak jednak, gdzie nie spojrzy, tam dostrzec może dzieła uformowane palcami Gustawa Zemły. Każde trochę schowane przed światem: czy to będzie 12-metrowy pomnik Bitwy o Monte Cassino na skraju Ogrodu Krasińskich, Henryk Sienkiewicz ukryty w Łazienkach, popiersie kard. Stefana Wyszyńskiego przy pl. Teatralnym, czy Jan Paweł II w podcieniach Muzeum Porczyńskich. Nawet krzyż nad grobem bł. ks. Jerzego Popiełuszki, dyskretnie wiszący w koronie drzewa. Trzeba się wysilić, by dostrzec sztukę Gustawa Zemły, albo wznieść oczy ku niebu, jak w przypadku płaskorzeźby na tympanonie świątyni środowisk twórczych, przedstawiającej gołębicę i upamiętniającej słowa: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi”. Rzeźbiarz jest także autorem drzwi i tympanonu ze sceną ostatniej wieczerzy w stuletnim, neogotyckim kościele św. Józefa w Konstancinie-Jeziornie. Mówi, że rzeźbi, by nie tracić czasu. I z potrzeby serca. Na Woli pracuje od 1984 r. – roku męczeńskiej śmierci kapłana z Żoliborza. To jego Chrystus wisi nad pochowanym przy sanktuarium ciałem zamordowanego księdza. Tu też trzeba podnieść głowę. – Krzyż to kwitnące drzewo. Chrystus na pniu, przykuty do niego łańcuchami, symbolizującymi związanie ks. Jerzego po uprowadzeniu, wydawał mi się najwłaściwszy – mówi.

Gusta i Gustawy

Pierwszego Chrystusa mistrz wyrzeźbił kilka lat wcześniej, w Mistrzejowicach, gdzie opracował wystrój wnętrza kościoła św. Maksymiliana Kolbego. Gdy w 1980 r. stanął w pustej jeszcze świątyni, myślał tylko o tym, by oddać postać Boga tak, żeby każdy chciał przed Nim klęknąć. Im dłużej Go rzeźbił, tym lepiej rozumiał Jego cierpienie. Umęczone ciało Jezusa samo stało się krzyżem: przez zawieszony na pionowej belce podtrzymującej strop świątyni tors przebiegało pęknięcie, które stało się wymownym znakiem. Kazimierz Gustaw Zemła wiele zawdzięcza bratu mamy, zakonnikowi z Niepokalanowa. Brat Wawrzyniec Podwapiński był jednym z najbliższych współpracowników św. Maksymiliana. Razem budowali Niepokalanów. Gdy siostrzeniec zwierzył się, że dostał zlecenie na rzeźbę Chrystusa, zakonnik ucieszył się bardzo i napisał osobisty liścik do proboszcza z Mistrzejowic, zapewniając, że artysta podoła zadaniu. Franciszkanin zasłynął z dwunastotomowego dzieła poświęconego zegarom. Napisał je, choć nie był z wykształcenia zegarmistrzem. Gdy spóźnił się na spotkanie, św. Maksymilian powiedział mu, że skoro zepsuł mu się zegarek, powinien go naprawić. Jeśli nie umie, niech się nauczy… – Życie jest po to, by się z nim zmierzyć. Łatwo się zbłaźnić, nawet upodlić, przewrócić, bo ślisko dookoła. Cieszę się z tego, co dostałem, i też chcę od siebie innym coś dać – mówi rzeźbiarz. Ciągle jednak upewnia się, jakby nie dowierzał, że jego sztuka porusza sumienia i wyobraźnię. – Są gusta i Gustawy – śmieje się.

Chrystus z wielkimi stopami

Czasem pomyłka bywa błogosławioną winą. Gdy spojrzał na gotową 6-metrową figurę, która miała ozdabiać mistrzejowicki ołtarz, okazało się, że Chrystus ma za duże stopy, o jakieś 15 centymetrów. Ponieważ całość figury nie mieściła się w tymczasowej pracowni, nogi postaci były schowane w metrowym zagłębieniu. Ale nie było już czasu na poprawki. Odlana figura zawisła na ołtarzowej ścianie. Stało się oczywiste, że za duże stopy były w sam raz. Kilkanaście lat poświęconych na ukończenie kolejnych czterdziestu elementów wystroju było czasem duchowego wzrostu artysty. Od 63 lat pierwszym krytykiem jego prac jest żona Janina. – Karci albo podnosi na duchu. Goni mnie też do pracowni, żebym zbyt długo nie leniuchował. Ale też czasem mówi, że życia nie zmarnowałem – śmieje się Gustaw Zemła. Spod jego dłuta wyszło kilka monumentalnych pomników, rozsianych po całej Polsce: od pomnika Powstańców Śląskich, zaprojektowanego w 1967 r. dla Katowic, czyli trzech skrzydeł w pobliżu ronda przy alei Korfantego rozpostartych do lotu i symbolizujących powstania śląskie, po pomnik Mojżesza w Łodzi i 22-metrowy pomnik Czynu Polaków, z trzema spiżowymi orłami, który stanął w Szczecinie w 1979 r. Kilka lat temu powstał pomnik Ernesta Malinowskiego w peruwiańskich Andach, na wysokości 5 tys. metrów. Stworzył pomniki Ludwika Waryńskiego w Warszawie, Jerzego Ziętka w Katowicach, ks. Jerzego Popiełuszki w Toruniu, bł. Wincentego Frelichowskiego, kard. Augusta Hlonda w Mysłowicach, Władysława Broniewskiego w Płocku. Na nagrobku Tony Halika na cmentarzu Bródnowskim na krzyżu zawiesił plecak podróżnika.

Szukając prawdy

– Najwięcej wysiłku kosztuje konstrukcja. Obudowując ten szkielet materią rzeźby, wgłębiając się w nią, zawsze coś błyśnie, w duszy zaśpiewa, jest lżej. Czasem uda się z tego tworzywa wydobyć dźwięki, tonacje, które zagrają melodię. Wypukłości i wklęsłości, pęknięcia, a nawet niedoróbki wyrażą coś, co się spodoba – mówi artysta. W 1973 r. odsłonięto na cmentarzu Powstańców Warszawy pomnik Polegli – Niepokonani, a w 1999 r. 12-metrowe upamiętnienie bitwy o Monte Cassino, skrzydlatą kolumnę wykutą w białym marmurze. Zanim jednak urodzony w Jasienicy Rosielnej na Rzeszowszczyźnie artysta przystąpił do monumentalnych dzieł, spod jego dłuta wychodziły mniejsze formy. Jak praca dyplomowa na warszawskiej ASP – Pieta – powstała w 1957 r. Potem Kazimierz Gustaw Zemła rzeźbił terakotowe postacie Jana Chrzciciela, figurki zatytułowane „Macierzyństwo” i inspirowane antykiem „Porwanie Europy”. – Lubię niedokończone zamysły: niepełne, może nieudolne, ale szczere. Czasem człowiek zbyt dużo wie. Niekiedy trzeba tę całą profesjonalność odrzucić, poddać się duchowi, nastrojowi, by powstało coś nowego, niepoprawnego. Bez intuicji twórczość nie ma sensu – mówi Gustaw Zemła, przyznając, że najtrudniej tworzyć na zamówienie. Łatwo wtedy o schlebianie komuś. A rzeźba musi oddawać prawdę, by to, co powstaje pod palcami, było zgodne przede wszystkim z własnym przekonaniem. Rzeźba jest jak życie: czasem pojawią się w niej rysy, pęknięcia, wklęsłości i niedoskonałości. Ale tylko prawdziwa potrafi zachwycić. To samo prof. Kazimierz Gustaw Zemła mówił studentom Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, w której wykładał od 1958 r.

Duch Święty nie wyrzeźbi

W latach 60. i 70. artysta tworzył też cykle rzeźbionych krucyfiksów: spiętych łańcuchami, zniewolonych, oświęcimskich… Choć rzeźbienie nie jest dla niego krzyżem, ale łaską. – Czasami Janka śmieje się ze mnie, że nic innego bym nie potrafił. Ma rację. Nawet malować bym nie chciał, bo potrzebuję przestrzeni, ruchu, formy… Wracał do tych krucyfiksów wielokrotnie. Podziwiane były na każdej z kilkudziesięciu krajowych i zagranicznych wystaw. Podobnie jak popiersia świętych i kandydatów na ołtarze. Pomarszczona twarz Matki Teresy z Kalkuty, pełne dostojeństwa fizys prymasa Stefana Wyszyńskiego, zamyślone oblicze Jana Pawła II… To, co dla innych trudne, Gustawowi Zemle przychodzi z łatwością. Stąd też liczne jego papieskie pomniki, które podziwiać można m.in. w Suwałkach, Katowicach, Płocku, na Wawelu. Z Janem Pawłem II spotkał się właśnie w Mistrzejowicach. Papież 22 czerwca 1983 r. konsekrował ozdabianą przez Gustawa Zemłę świątynię. Deski z ówczesnego ołtarza posłużyły jako materiał na pracownię rzeźbiarza na Kole. Dziś stoi tu pełno świętych figur, jak przystało na artystę urodzonego 1 listopada. – Ale to nie znaczy, że rzeźba religijna musi być dewocyjna. Praca twórcza pozostaje pracą. Duch Święty za mnie nie wyrzeźbi. Różaniec się przyda, ale przed pracą, a nie w trakcie. Chyba że akurat modlą się w radiu – mówi. Na biurku stoi radio, nastawione na rozgłośnię z Torunia. Przychodzi tu codziennie, nawet jeśli akurat nie rzeźbi. Przechadza się wówczas między Janem Pawłem i Matką Teresą. Patrzy im w oczy, rozmawia jak z przyjaciółmi. Pogłaszcze anioła po skrzydłach, spojrzy na zdjęcie wuja, przyjaciela św. Maksymiliana. Obok łasi się leniwie kocica Fila. – Bogu dziękuję za wszystko. I ciekaw jestem, co przygotował dla mnie na jutro – mówi, rozgrzewając w dłoniach plastelinę. Właśnie powstaje nowa figura. By tworzyć, potrzebny jest czas. Niektóre rzeźby powstają całe życie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama