Nowy numer 30/2021 Archiwum

Rodzina muzyków, olimpijczyka i mistyczki

Eliza była współzałożycielką nowego zgromadzenia zakonnego, Antoni - najbardziej cenionym polskim lekkoatletą w okresie międzywojennym, Andrzej prowadził w Warszawie laboratorium fotochemiczne.

Skrzypce mają blisko sto lat. Ręczna robota. Wykonane nie przez lutnika, tylko przez… chemika. Dla 84-letniego Jerzego Mireckiego mają wartość bezcenną. Zrobił je jego dziadek Andrzej Cejzik i pięknie na nich grał.

Nie raz zapewne akompaniował mu na wiolonczeli brat Jerzy i córka Maria, absolwentka Państwowego Konserwatorium Warszawskiego (dzisiejszego Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina). Skrzypce nadal dźwięcznie brzmią, choć daje się słyszeć w nich także rzewna nuta wspomnień o trudnych losach rodziny Cejzik.

- Współzałożycielka naszego zgromadzenia, m. Eliza Cejzik, urodziła się w Orenburgu na Uralu i ktoś mógłby pomyśleć, że była Rosjanką. Tymczasem wywodziła się z polskiej rodziny szlacheckiej herbu Owada, którą los rzucił w dalekie strony Rosji. Eliza w okolice Warszawy przyjechała już jako dorosła kobieta - mówi s. Julia Wąsala WNO, propagatorka historii i duchowości Zgromadzenia Sióstr Wynagrodzicielek Najświętszego Oblicza.

Wszystkie z dwanaściorga dzieci Michała i Julii Cejzików przyszły na świat w carskiej Rosji: w Orenburgu, Kałudze i Petersburgu. To tam w 1843 r. jej ojciec, młody aptekarz, dostał przydział na staż.

Tam też ożenił się, założył rodzinę i kształcił dzieci. Jak napisał jego znajomy Bronisław Zalewski: "Cejzik był znany jako człowiek najlepszego serca, pocieszyciel losu wszystkich zesłańców".

Eliza urodziła się w 1858 r. i na chrzcie nadano jej imiona Elżbieta Emilia. Ponieważ po rosyjsku imię Elżbieta, brzmi jak Elizabet, prawdopodobnie dlatego zaczęto nazywać ją Elizą.

Dzieci Cejzików otrzymały solidne wykształcenie i znajomość języków obcych. Eliza biegle mówiła po francusku i po ukończeniu szkoły pedagogicznej, przez lata pracowała jako nauczycielka, także na pensjach w Warszawie.

Gdy miała 20 lat, bardzo wyraźnie usłyszała w sercu głos Jezusa: "Porzućcie wszystko, a Ja przyjdę i zaleję was dobrami". Wtedy nie mogła jednak na niego odpowiedzieć.

Jerzy Mirecki, wnuk Andrzeja Cejzika, dba o to, żeby historia wielu pokoleń nie poszła w zapomnienie.   Jerzy Mirecki, wnuk Andrzeja Cejzika, dba o to, żeby historia wielu pokoleń nie poszła w zapomnienie.
Archiwum prywatne

To był bardzo trudny czas dla rodziny. Sześć lat wcześniej, po porodzie ostatniego dziecka, zmarła matka Julia. Cztery lata później dyfteryt zabił starszą siostrę Michalinę.

18-letnia Eliza musiała odłożyć na bok plany i marzenia, i zaopiekować się młodszym rodzeństwem. Pięć lat później, kiedy zmarł ojciec Michał, to na nią i na starszego brata Felicjana spadł obowiązek utrzymania rodziny.

Marzyła, żeby któryś z braci został księdzem, ale to marzenie się nie spełniło. Adolf został topografem wojskowym, Andrzej po studiach w Berlinie - chemikiem, Ryszard - aptekarzem. Dopiero, kiedy rodzeństwo się usamodzielniło, w 1888 r. Eliza mogła pomyśleć o własnym życiu.

- Przez 10 lat dorastała do tej chęci, jak później pisała, "spłonięcia, jak ofiara przed Obliczem Jezusa, która nie pozostawiłaby po sobie śladu". Mimo sprawowania opieki nad młodszym rodzeństwem, przez 11 lat przed wstąpieniem do zgromadzenia, każdego dnia przystępowała do Komunii św. - wyjaśnia s. Bożena Szewczul WNO, profesor na Wydziale Prawa Kanonicznego UKSW.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama